Miasto murem podzielone

Nie mam pojęcia, w jaki sposób ten samolot się tu znalazł. Dobre pytanie. Napisz do naszego działu naukowego – mówi pracownik Muzeum Techniki w Berlinie, kiedy pytam, jakim sposobem trafił tu MiG- 15 z biało – czerwoną szachownicą na skrzydle.

Muzeum Techniki jest fantastyczne. Są stare pociągi nie tylko z ubiegłych dekad, ale też te jakimi jeździli faszyści. Jest wagon, którym  wywożono ludzi do obozów zagłady, lub którym podróżował cesarz Wilhelm. Jest też lokomotywa z Polski.

Jednym słowem – genialne. Jeśli macie mało wrażen polecamy odwiedzić piętra z samolotami w tym Messerschmitty, MiG- ami, ekskluzywnym statkiem powietrznym (Junkers JU-52) sygnowanym przez „lufę” czyli linię Lufthansa.

Obok za szkłem znajdziecie makiety statków i łodzi żaglowych.

Nieopodal statki w naturalnych wymiarach.

Są także urządzenia do nawigacji, fragmenty latarni, graficzna historia rozwoju marynistycznego także Niemiec. 

Kilka działów nam jeszcze zostało do obejrzenia. Zrobimy to następnym razem. To miejsce  polecamy z całego serducha. 

Podzielny mur

W przeciwieństwie do Muzeum Muru Berlińskiego w dawnym budynku  Stasi. To kilka małych pokoików z symbolicznymi informacjami odnośnie powstania muru w 1961 roku, podziałów miasta na DDR i NRF na strefy wpływów: rosyjską, angielską, amerykańską i francuską. I to trwało tyle lat po wojnie. Dziś wydaje się to chore. Rosja wszechwładna, ogarniającą swą łapą państwa pseudo demokracji ludowej…  złe czasy.

Drodzy państwo naprawdę wtedy mieliśmy szczęście mieć mądrych przywódców. Gdy upadał Mur Berliński, to Rosja wycofała się – mówi przewodniczka. Jak zauważa, Gorbaczow zdawał sobie dobrze sprawę z sytuacji. 

Muzeum Muru warto zwiedzić jednak z kimś będącym w temacie. My mieliśmy świetną, lokalną przewodniczkę. Samemu było by raczej trudno zrozumieć niuanse polityczne tym bardziej, że w muzeach gros opisów jest tylko po niemiecku. Pani Małgorzata jest Polką od kilku dekad mieszkającą w Niemczech i pamiętającą czasy istnienia muru.

Berlin na Wschodni i Zachodni przedzielony był 3,5 metrową ścianą, o grubości ok. 35 cm,  aż do 1989 roku. Widać to w mieście pod postacią podwójnego rzędu kocich łbów na drogach, chodnikach…  Trochę to wygląda jak w miasteczkach granicznych belgijsko – holenderskich np. w Baarle – Nassau.

Najdłuższy fragment murów ma 1,5 km i w tym miejscu jest najbardziej znany malunek:

odtworzony że zdjęcia pocałunek Leonida Breżniewa i Ericha Honeckera. 

Jedno miasto, w którym dziś są jeszcze nieliczne blizny tamtych czasów, rozdzielania przyjaciół, rodzin… Lepsza i gorsza część Niemców… . Kapitalizm kontra demokracja ludowa.  Niepewność, ale i niezdecydowanie niektórych osób, nawet mających szansę przenieść się do lepszej części miasta. – Przecież tu mieli pracę, mieszkanie, dzieci miały zapewnione przedszkole… I nie wszyscy się decydowali na przeprowadzkę – mówi nam później polski przewodnik w

Muzeum DDR. 

To kolejne zwiedzane przez nas miejsce. Znajduje się nieopodal Katedry.  Ma niewielką przestrzeń, w której największe zaciekawienie i rozbawienie wzbudza Trabant, z symulatorem jazdy po mieście. Pracują tam polscy przewodnicy, którzy bardzo fajnie wprowadzają w niuanse życia w DDR, w tym elementy polityczne, życia codziennego, decyzji jakie podejmować musieli mieszkańcy Berlina.

Ekspozycja jest na parterze. To muzeum poprzez multimedialność potrafi zaciekawić każdego. Można otwierać szafki ze zdjęciami, plakatami itp. Tylko rozczarowuje, że tak mało rzeczy jest w nim. Chociaż wszystko jest oryginalne.

Czy to miejsce nas powaliło? Średnio. Może dlatego, że podobne tematycznie, lecz dużo ciekawsze i odnoszące sie do czasów demkoracji ludowej w Polsce, znaleźliśmy chociażby w Rudzie Śląskiej. Bilet do muzeum kosztuje 8 euro i maksymalnie w pół godziny je przejdziecie.

Józef Stalin straße

Sztuka socrealistyczna przebija tu z wielu miejsc. Niegdyś reprezentacyjna  ulica, prowadząca z lotniska do centrum Berlina mnie zachwyciła. To dawna Józef Stalin straße. Epatuje siermiężnymi budynkami w stylu socrealu. Nie można „wieszać na nich psów”, bo naprawdę są urocze, szczególnie różnokształtne i nieliczne balkony, ich staranne wykończenia, metalowe barierki, ciekawa żółta cegła bloków. W całej rozciągłości są reprezentacyjne.

  Owszem są monumentalne, wysokie, budzące respekt. Natomiast nie ma ich na frontach płaskorzeźb czy malunków przedstawiających silnych, muskularnych robotników. Takie typowe elementy socrealu zachowały się jeszcze na niektórych kamienicach w starej części moich Tychów. Ale porównywanie berlińskich domów ich odpowiedników np. w Nowej Hucie, jest trochę przesadą. 

Na jednym z budynków, tzw. domu nauczyciela, jest przepiękna socrealistyczna mozaika przedstawiająca podobno Honeckera, który trzyma w ręce pojemnik z czerwonym płynem – synonimem komunizmu. Socreal i propaganda pełną gębą, ale walor artystyczny jest. 

 Nie każdy „szary” obywatel mógł w tych budynkach mieszkać.  Niedawno Katarina Witt wyprowadziła się z tamtąd, z Berlina Wschodniego. Mimo upływu kilku dekad od chociażby roku 1989 czuć tu sentyment do kraju za Bugiem. 

Iluminacje 

Proszę przyjść o 12, teraz będzie tam msza – mówi pani z ochrony monumentalnej Katedry. Ale jeszcze dzień a raczej wieczór wcześniej, tu i obok na placyku przy Operze były najpiękniejsze iluminacje w ramach Festiwalu Światła. Do tego z głośników płynęła muzyka elektroniczna.

Pokazy odbywały się w różnych częściach miasta. Obrazy rzutowano na kilku charakterytycznych dla Berlina obiektach, w tym na Bramę Brandenburską (element polski Pani Pawlovsky), budynek przy KaDeWu, pałac – zamek Charlottenburg, na wieżę telewizyjną oraz na kilka kościołów. 

Jedne super, inne nie budziły entuzjazmu: nudne, nieruchome lub słabo widoczne. 

Przyznam, że mieliśmy dość zdyscyplinowaną grupę. Tym bardziej, że wieczorem podczas festiwalu chodziliśmy w ogromnym tłumie za panią pilot. Dawała ona bardzo konkretne wskazówki, w jakim miejscu jesteśmy i gdzie się udajemy, co mijamy obok.

„My dzieci z dworca ZOO”.

Chyba każdy czytał tę wstrząsajacą książkę. Dziś też narkomanów tam nie brak. Mijaliśmy naćpanego Polaka, wychodzącego z dworcowej bramy. Nieopodal, za ogrodem zoologicznym, są dwa kościoły. Pierwszy to neoromańska ruina (z wieżą obok), w której można wejść tylko do podłużnego holu. Wzrok przykuwa niezwykła mozaika na suficie. To kościół Pamięci Cesarza Wilhelma.

W jego wnętrzu swój ślub brała Marlena Dietrich, która podczas jednego ze swych występów , patrząc w oczy Edwarda Dziewońskiego, zaśpiewała po niemiecku:

” Ach blond maleństwo czy wierzysz mi?
Moje przekleństwo i raj to ty
Najdalszą drogą każdego dnia
Będzie cię śledzić tęsknota ma…”
🙂

Drugi kościół jest o bryle bardzo nowoczesnej, nieforemnej, brzydkiej z zewnątrz. Świątynia z 1961 roku zbudowana jest na planie ośmiokąta. W środku „urodą” też nie powala. Choć efekt niebieskich , klimatycznie oświetlonych kafelków, jest ujmujący. Jednak gdyby tam nie było 4,5 metrowego mosiężnego Chrystusa i ołtarza, nie powiedziałabym, że to miejsce ma w sobie cokolwiek sacrum.

Kebab z Merkel

Ciekawostką jest knajpa z kebsami, w której lubi jeść Angela Merkel. Dania – porcje owszem zacne. Zamówony przez nas kebab nie był zły. Dobre mięso – nie powiem, ale żeby smak mnie powalił na kolana – to nie. Lepsze jedliśmy w podamsterdamskim Culemborgu czy podrzędnej knajpie, w pełnej zakładów jubilerskich, Antwerpii.

Przytłoczenie

Berlin mnie bardzo zaskoczył. Z jednej strony szalenie podoba mi się architektura, zabytki, to podniesienie się z kolan po wojnie. Ale  spodziewałam się raczej miasta nowoczesnego, z szklanymi domami, rozkwitającego, prącego do przodu. A mam wrażenie, że żyje ono przeszłością, którą się chołubi, ale i jest ofiarą. Szczególnie drugiej wojny i jak w piosence tkwi w nim „serce murem przedzielone”. Jednym ztakich symbolicznych miejsc jest „Checkpoint Charlie”, przez który przechodzono do strefy amerykańskiej.

To, co jest poniżające bynajmniej dla mnie, to możliwość kupienia tam rosyjskich czapek mundurowych lub czap imitujących te noszone przez żołnieży ZSRR. Sprzedaje je starszy Turek, któremu na głowie brakuje jedynie baranicy. Troszke jest bowiem chłodno. Znajdziecie tu też między innymi drugie muzeum poświęcone historii Muru Berlińskiego, założone w 1962 roku. Niedaleko jest możliwość wypożyczenia Trabanta i odbycia z innymi chętnymi wycieczki po mieście. Wtedy można na przykład przejechać koło siedziby Kanclerza, zwanej przez Niemców „pralką” lub „ubikacją słonia”… Ot., takie poczucie humoru mają Berlińczycy:)

W Berlinie wszystko jest niezwykle poukładane, spokojne, stateczne, wręcz nudne i monotonne. Ale jednocześnie szalenie piękne. Chociaż podobno jak coś już nie jest praktyczne i potrzebne, jest wyburzane oraz zastępowane przez nowy budynek. I jeszcze jedna fajna rzecz, która zwróciła naszą uwagę: różowe, sunące przez miasto różowe rury.

Zabytki są niesamowite wizualnie, ale sprawiają wrażenie ciężkości, przytłoczenia, czego chyba najlepszym przykładem jest pomnik Holokaustu Żydów niedaleko Reichstagu.

Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że składa się on z około 3 tysięcy kamiennych, leżących prostokątów różnej wysokości. Jak mówił nam Marcin , nasz sobotni przewodnik po mieście, założeniem pomnika było pokazanie niepewności, lęku i właśnie przytłoczenia, jakie towarzyć mogło wyworzonym do obozów. 

Berlin warto czy nie?

Generalnie planujemy tu wrócić w przyszłym roku. Takie wycieczki są fajną okazją do zapoznania się z różnymi miastami, krajami. To takie nieśmiałe poczucie atmosfery miejsca. To doskonała okazja do wyrobienia sobie ochoty do powrotu lub wręcz odwrotnie – zdecydowanego afrontu. A wszystko to dzieki fantastycznym pilotom, przewodnikom oraz kierowcom:) Myśmy trafili na fajną ekipę:)

Wycieczkę organizowało Biuro Podróży „Tęcza” z Bielska – Białej. Polecamy.

Alicja Badetko

zdj.AB i RŻ.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *