Szwajcaria w Saksonii

Proszę przygotować jakiś dokument tożsamości. Będzie kontrola – mówi pani przewodnik, kiedy przyjechaliśmy na granicę polsko-niemiecką. Chwilę później do autokaru weszło dwóch młodych policjantów. Smętnie przemierzając jego korytarz, beznamiętnie sprawdzali dowody lub paszporty. Około 30-40 minut później odjechaliśmy spod wysokiego, białego namiotu…

Droga do Bastei wiedzie po pofalowanym terenie między polami pełnymi żółtego rzepaku, równo ustawionych zielonych zbóż. Niemiecki porządek widać nawet tu 😉 . Drogi są jak w dolnośląskiem, pełne zakrętów i raczej do szerokich nie należą.

Kamienny most i kilka punktów widokowych od parkingu dzieli może kwadrans spacerkiem. Po drodze mijamy mały placyk z knajpami (z tarasu jednej z nich wyłania się fantastyczny widok) i co ważne – jest możliwość skorzystania z ubikacji (0,80 euro). Potem już tylko było w dół…

(O)błędne skały

Jeśli byliście w Skalnym Mieście, nie obcy Wam widok polskiego Strzelińca, to tu spodoba się Wam. W nas akurat nadmiernego szału endorfin nie było. Słońce fantastycznie świeciło. Zatem nie dziwne, że oprócz naszej grupy, tryliard ludzi z różnych krajów postanowiło tu przyjechać. Nie wszyscy idą na most, bowiem od parkingu jest kilka szlaków w pobliskie między innymi dolinki.

Mieszanka polskiego, niemieckiego czy ruskiego towarzyszyła w kolejce na kilka punktów widokowych z platformami.

Na dole spokojnie, niezwruszenie wije się Łaba. Obok niej pędzą czeskie drachy. Na jedną ze skał , niemal metr od nas , w pełnym skupieniu włażą amatorzy wspinaczek. Pod ich nogami spad na kilkadziesiąt metrów. Ale kto by się tym przejmował.

Skały stoją obok mostu z niewielkimi zatoczkami. Przed skokiem lub upadkiem chroni wysoki, nierówny murek. Wszyscy przystają. Robią selfiacze z widokiem na zalesione ciemno szare skały z piaskowca, które niczym silne zęby wystają z podłoża.

Filmik TU

Jest niesamowicie. Widać ogrom, bezwzględność, zero-jedynkowość przyrody i jak malutki przy niej jest człowiek. I jak niewiele może zrobić. Wszystko w tym parku narodowym , w typie leśno-skalnym, budzi respekt.

Windą do nieba

Twierdza Königstein w górach Połabskich, to dziwne miejsce. Osadzona jest na skale, ale jakby z niej wyrasta. Jadąc do niej ma się wrażenie, że to zaledwie wysoki mur i jakaś wieżyczka. Wszystko przez rosnące na zboczach drzewa. W pierwszej mieliśmy chwili skojarzenie z naszym Ogrodzieńcem, ale… na górę wjeżdża się windą.

Twierdza znajduje się 247 metrów nad taflą Łaby. Tak, tak, rzeka nas będzie prześladować przez cały czas… Ze szczytu rozciąga się fantastyczny widok na pobliskie wzgórza w tym jedno przypominające wspomniany Szczeliniec.

Link do naszego filmiku – panorama

Twierdzę można obejść delektując widokiem zielonych pagórków i rozmieszczonych między nimi wiosek. Wolność po horyzont. Dużo jest na szczycie dróżek, jakimi praktycznie w każdym momencie skracamy trasę. Do tego ławeczki, pomniki np. Króla Jerzego czy zabytkowe i muzealne armaty. Uwagę przykuwa ujmująca zieleń. A przez 800 lat działo się tu sporo.

Niemieckie Alcatraz w oflagu

Obiekt był np. niemieckim Alcatraz, czyli najcięższym germańskim więzieniem czy ośrodkiem wychowawczym. Na prawie 10 hektarach, których nie odczujemy, możemy zobaczyć blisko 50 różnych obiektów. Od kościoła garnizonowego Nasz filmik TU, przez zbrojownię, po umieszczoną w domu studziennym studnię o głębokości około 152 metrów. Ta ostatnia jest najgłębszą w Saksonii, a koszary są najstarsze w dawnej Germanii.

Polecamy ciekawą wystawę dotyczącą niemieckiego uzbrojenia. Klikajcie w LINK TU. Co ciekawe w trakcie II wojny światowej, w koszarach znajdował się obóz jeniecki.

Polecamy knajpę „Zum Muskieters” w centralnym punkcie rynku, w której pracująca dziewczyna próbowała po polsku odpowiedzieć na pytanie, z czym jest ciasto. Nawet jej to poszło. Na szczęście słowo „piwo” wypowiedziała bezbłędnie z nieskrywaną radością i jeszcze większą ulgą:)

Parostatkiem w piękny rejs…

Poniżej twierdzy, pod mostem po którym jeżdżą czeskie i niemieckie pociągi, są mini mola dla stateczków i parostatków. Kamiennym chodnikiem między tłumem oczekujących turystów przejeżdżają rowerzyści. Bez stresu suną za i między spacerowiczami.

Parostatek z początku 20 wieku przybił do mola. Zajmujemy miejsce w środku, w podłużnej restauracji , w stylu lat 30. Przy każdym stoliku zielona zapalona lampka. Jest przytulnie.

Alles gut? – pyta kelener, blondyn może chwilę po 50., przypominający Gordona Ramsey`a.

Ja, gut, alles gut…– bo więcej nie umiem powiedzieć w języku Geothego. Chwilę potem zamawiamy zupę kartoflową z parówką, winerki.

Zanim je przyniesie zachwycamy się widokiem zza szyby. Dużo zieleni, między którą poustawiane są, jak na obrazku z pudełka puzzli , drewniane i murowane, kolorowe domy. Niebo od czasu do czasu straszy ciemnymi chmurami. To tylko dodaje uroku. Widok mimo wszystko nas to wycisza, a woda delikatnie obija się o statek. Powiedzmy sobie jednak szczerze – pierwszej klasy czystości to ona nie jest.

Dwie starsze panie popijają z kieliszka gazowany, przeźroczysty napój i wyraźnie rozbawione machają zamaszyście do ludzi na brzegu. Grupka na balkonie niewielkiego i piętrowego, żółtego budynku odpowiada na ich gesty. I chyba każdy ma trochę radości.

Szalenie zachwyca nas maszynownia. Odkryty piękny silnik. Zielono – złote tłoki. Błyszcząca kupa żelastwa, nie za głośno, ale za to rytmicznie przesuwa się do przodu, by prędko wrócić na pozycje wyjściową. Robi to wrażenie, ładnie komponując się z gwarem rozmów i szumem wody.

Opakowanie na szynach

Rejs dla mnie trwał za długo, bo jakąś godzinę i 15 minut. Niestety pływanie czymkolwiek budzi mój niepokój, ale nie każdy musi lubić sporty wodne. Na kolejnym przystanku w Pirnie pracownicy statku żegnają nas po polsku:):)

Przez miasteczko dosłownie przelecieliśmy. Jest typowe, jak wiele na naszym Dolnym Śląsku czy Opolszczyźnie. Rynek zaprojektowano na planie kwadratu z ratuszem w punkcie centralnym. Pod nim odbywał się koncert z serii „Kultura w Pirnie”. Zainteresowanie średnie.

Przepięknie odnowione są kamienice, a w przyległych do nich ogródkach mieszkańcy lub turyści delektują się późnym obiadem. Ulica jest teatrem a aktorami ludzie. Chciałoby się powiedzieć.

Rynek w Pirnie TU

W rynku, przed gotyckim kościołem z 1547 roku stoi , biały z lekko zadartym do góry dachem, dom weneckiego malarza Bernardo Bellotto. Znany był on jako „Canaletto”.

Przebywał w Pirnie, w latach 1753-1754. Namalował 11 tutejszych widoków. A z ciekawostek dodamy, że artysta od 1767 aż do swojej śmierci w 1780 mieszkał w Polsce. W Pirnie do odwiedzenia jest np. Muzeum DDR, Wagnera czy miejskie. Na ścianie jednego z budynków, poniżej głównych uliczek rynku, jest tablica z wskaźnikiem dokąd podczas poszczególnych powodzi sięgała woda .

Miasteczko jest stolicą administracyjną powiatu Sächsische Schweiz-Osterzgebirge. Mówi się, że stanowi bramę do Szwajcarii Saksońskiej. Ten region jest także znany z winiarstwa, a jedną z winnic widzieliśmy dojeżdżając

do Pilnitz,

gdzie obok pałacu jest przepiękny ogród. Jednak trzeba przyznać, że przynajmniej my szliśmy przez niego na resztkach baterii. Choć miejsce urocze.

Przeszliśmy przez część w stylu barokowym, potem obok angielskiej oranżerii, palmiarni czy chińskiego pawilonu. A poniżej na zdjęciach pałac i przypałacowe budynki.

Ciekawa była około 200 letnia kamelia wsadzona do wysokiego szklano – metalowego „opakowania” na szynach.Wszystko, by ją chronić.

Pilinitz – park pałacowy

Do Tychów dojechaliśmy chwilę po 1 w nocy. Zmęczeni. Zadowoleni. Kolejna wycieczka już kupiona:):):)

Organizator wyjazdu: Venuatours.pl

Polecamy.

AiR

Inf.praktyczne:

parking w Bastei od 7 euro/4h dla osobówek, od 4 h w górę – 12 euro).

bilet do twierdzy 12-14 euro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *