Ponad 40 lat temu w schronisku na Hali Lipowskiej, w Beskidzie Żywieckim, wypoczywał dzisiejszy papież Jan Paweł II. W 1958 roku, jeszcze jako krakowski wikary, przebywał na kilkudniowym obozie narciarskim. Nikomu nie pozwalał mówić do siebie „proszę księdza” lecz zwyczajnie „Wujku”. Tak zaczęłam swój drugi w życiu reportaż w 1999 roku…
Pierwsza pomoc
W przyszłym roku państwo Helena i Zbigniew Gowinowie obchodzić będą jubileusz 30 lat gazdowania w Beskidach. W Beskidzie Żywieckim Pan Zbyszek ma najdłuższy staż jako kierownik schronisk. Urodził się w 1935 roku w podbeskidzkiej miejscowości Żywiec Zabłocie. Bakcyla gór złapał już w młodości. Jak sam mówi – Moja mama zginęła w Oświęcimiu. Ojciec po wojnie ożenił się ponownie. Miał prawo. Czułem się niepotrzebny, więc uciekałem w góry.
Gdy była możliwość wstąpienia do GOPR-u, zrobił to bez wahania. – Chodziłem na dyżury. Brałem je nawet za kolegów, gdy któremuś nie pasowało.

Jako GOPR-owiec przeżył wiele trudnych akcji. Były zarówno momenty wesołe jak i smutne. – W zimie na stoku byłem świadkiem wypadku. Ofiarą był młody narciarz. Czaszkę miał pękniętą, krew się mocno lała. Udzieliłem mu pierwszej pomocy i wezwałem śmigłowiec. Na szczęście chłopak przeżył. Wtedy dopiero naprawdę zostałem „GOPROWCEM” – z dumą dodaje mój Pan Zbyszek. – Najlepsza jest możliwość pomocy innym, Nie mogę patrzeć jak ktoś cierpi.
Pan Zbyszek ma ogromne serce. To właśnie imponowało Pani Helenie, jego żonie. Z miłości zrezygnowała z pracy w szkole, życia w mieście i zamieszkała w górach. – Gdyby męża nie było, nie została bym tutaj – mówi Pani Helena.

Decyzja o przejęciu schroniska nie była podjęta z dnia na dzień. Gowinowie długo chodzili po górach, , przyjaźnili się z ówczesnymi dzierżawcami schroniska na Hali Lipowskiej, Zofią i Bronisławem Moc. – Lubię prace domowe, często więc pomagałam Zofii w kuchni. Nauczyłam się wszystkiego, np. jak ugotować obiad dla 30 osób – wspomina Pani Helena.
Własny kąt
Po wielu latach gazdowania, Mocowie ze względu na dzieci postanowili „zejść na dół”. Więc w 1969 roku ogłoszono przetarg na dzierżawę schroniska. W ten sposób pierwszego października Gowinowie przejęli pałeczkę od Moców. – Na początku było ciężko, mieliśmy kilkadziesiąt tysięcy długu . Pieniądze pożyczyliśmy od rodziny, przyjaciół; głównie przeznaczyliśmy je na opał, jedzenie i wszelkie opłaty. Spędzało mi to sen z oczu – mówi Pan Zbyszek.

Przez cały ten czas obawiali się, ze zabraknie funduszy na dalszą działalność. Na szczęście rozpoczęły się wczasy zimowe organizowane przez BORT, czyli Biuro Obsługi Ruchu Turystycznego. Dzięki wczasom Gowinowie szybko spłacili swoje długi. Mimo to nie zawsze było łatwo. Jeszcze w pierwszych latach gazdowania, gdy nie mieli samochodu, pan Zbyszek nosił w plecaku zaopatrzenie do schroniska. – Nigdy nie brałem mniej niż 30 kilo, czasem pomagali koledzy – wspomina.
Teraz, przez większość roku towar do schroniska dostarczony jest gazikami. Jednak zimą żywność przywozi saniami pan Józef z pobliskiej Złatnej. Z wielu wozaków został już tylko on. Jak widać wiele dokoła się zmienia.
Atmosfera
Jednak niezmienna jest w schronisku atmosfera. Świadczą o tym liczne wpisy w kronikach schroniska. Na przykład ten: „Są pewne wrażenia i odczucia, których nie zapomina się szybko. Jest miło, gdy po ciężkiej wędrówce wśród deszczu, mgły, wiatru, zostanie się przywitanym w schronisku życzliwym gestem, miłym słowem. Uśmiech, przemili ludzie, podanie miski ciepłej wody, to objaw ludzkiego serca (…) Estetyka tego schroniska w połączeniu z tak bardzo ludzkimi wartościami stwarzają niezapomnianą atmosferę.”

Wszystko to prawda. Przekonałam się o tym mieszając parę dni w schronisku. Dodatkowo ujęła mnie szczerość i otwartość gospodarzy.
W latach 1976-80 w schronisku był remont. Niestety Gowinowie nie mieli najmniejszego wpływu a przebieg prac. Pomimo nieciekawego wyglądu schronisko sama Hala nie straciła wiele ze swego uroku. Nadal w pogodne dni na horyzoncie pojawiają się polskie i słowackie Tatry. Widać także cały sąsiedni Beskid Śląski. Najbliżej hali są najpiękniejsze szczyty Beskidu Żywieckiego: Mała i Wielka Rycerzowa, Pilsko, Wielka Racza. Pomiędzy górami morze mgieł.
Wspominki
Wśród gór i lasów przez kilka lat mieszkały dwie córki państwa Gowinów. – Starsza, Helena przyszła w góry gdy miała cztery latka. Nie lubiła gór. Natomiast Krysia od samego początku była tutaj – mówią gospodarze.
Gdy rozmawiamy o dzieciach, na dworze szarzy się. Nadchodzi wieczór, najlepsza pora na wspominki. Siedzimy w przytulnej kuchni. – Gdy córki chodziły do szkoły, mieszkały w Żywcu , u siostrzenicy męża. Miały tam wszystko, oprócz naszej miłości – dodaje po chwili w zamyśleniu Pani Helena.

Przyjaciele
Gaździe z Lipowskiej wielką satysfakcję sprawia kontakt z ludźmi. Śród stałych bywalców schroniska ma wielu przyjaciół. Choćby Pana Henia, górala, który wspierał go w pierwszych latach pracy w górach. Także wśród innych kierowników schronisk Gowinowie maja bliskie osoby. Na przykład Grażynę i Czesława Adamczyków z pobliskiej Hali Miziowej pod Pilskiem.
Sentyment
Gdyby była możliwość cofnięcia czasu, Pan Zbyszek bez zastanowienia wybrał by takie samo życie. Natomiast Pani Helena wahała by się z podjęciem takiej decyzji. – Ja już po 10 latach chciałam wracać na dół. Cały czas o tym mężowi mówiłam.
–A sentyment ? – pytam nieśmiało – O, sentyment jest! Jak wracaliśmy na Lipowską , to cieszyłam się tymi widokami. Jak wyjeżdżaliśmy to ich żal.



Jednak kiedyś gazdowie na zawsze zejdą na dół, do własnego mieszkania w Żywcu. Wtedy Pan Zbyszek spełni prośbę Heleny. Kocha góry, ale jak sam mówi, miłość do żony jest większa. Jak sam mówi: „Jest po prostu w innym wymiarze…”
Alicja Badetko
1998 rok
Reportaż znalazł się w pierwszej 10. ogólnopolskiego konkursu „Szukamy Mistrza Reportażu” 1998/1999 rok.
Zdjęcia pochodzą ze strony Hali Lipowskiej oraz z Fan Page na Facebooku:)
