Niewielka wyspa pod Korsyką, nieopodal Włoch, rządzi się swoimi prawami. Stawia turystom warunki. Jak ich nie akceptujesz – to twój problem. Niepokorna, dzika przyroda. Nienachalnie pobudowane domy, a wśród nich wiele porzuconych. Strome góry i laguna u ich stóp. Sardynia to mały raj położony o 2-3 h. lotem od Polski. Spędziliśmy tam tydzień i napewno wrócimy.
Natomiast zanim dotarliśmy do Sassari nie obyło się bez przygód. Dosłownie 5 minut wcześniej odjechał autobus z lotniska. Urocze 2h czekania na następny. Powolna kawa i croissant , w poczekalni lotniska, wypełniły w niewielkim stopniu lukę czasową. Natomiast już sam kurs do destynacji zajął może 40-50 minut, ciagnąc się przez zielone łąki, niewysokie pagóreczki po obu stronach autostrady. Czasem rzuciła nam się w oczy jakaś winnica lub zrujnowany, niedokończony dom. Poniej przykłady widoczków na Sardynii.

Bilet kosztuje 3,90 euro. Kupuje się go w automacie i jest to tańsza opcja niż u kierowcy. A czasem ten nie sprzedaje i już. Nas zaintrygował analogowy sposób sprawdzania biletu. Daje się go kierowcy, który wpisuje długopisem na odwrocie kartonika datę i godzinę kursu…

Teren na wyspie jest górzysty, gdzieniegdzie porosły powykrzywianymi drzewami oliwnymi. Dużo pustych zapewne opuszczonych domów… Jesteśmy pod wrażeniem tutejszych dróg – dobrej jakości autostrad, które ciągną się po horyzont. Zachwycają wzniesienia z robiącymi wrażenie skałami. Trochę to jak mieszanka Jury i Pienin, o wysokości naszych Beskidów. Niektóre z daleka wyglądają jakby były wygasłymi wulkanami. Zieleń ma tutaj wiele odcieni.

Kręte jedzenie
Sam ryneczek w Sassari, to przynajmniej dwa placyki, gdzie architekt robił co mógł, a i tak wyszło jak zwykle. Trochę klimatów wyspiarskich, mauretańskich, jakiś budynek stylu PRL, pozostałe eleganckie.

Z czystością ulic bym nie przesadzała, bo to przecież chaotyczne i nieco brudaśne Włochy. Poniżej zaułki Sassari.




Szukaliśmy knajpy, ale tu większość z nich otwiera się ok. 12-12.30. Siedząc w tej restauracji i nazwie: Caffe’ Vittorio Emanuele II Gourmet and Drink, sącząc Pinacoladę, przyglądałam się dwójce staruszków obok. Bardzo elegancka pani, ciut mniej „odstrzelony” jej mąż , oboje na oko koło 80-tki, zaczytywali się w gazetach, kończąc tosty i popijając kawę. Fajnie komponowali się ( głupio to brzmi – wiem) ze ścianą, na której wisiały oprawione w ramki stare fotografie miasteczka. Było w tym zbliżeniu coś ulotnego, niezwykłego, niespotykanego często u nas. No może poza knajpą przy Piwnicy pod Baranami, gdzie kilku już lekko statecznych panów ze świata kultury, spotyka się systematycznie i wymienia poglądy nierzadko polityczne.
Porto Torres
To małe portowe miasteczko. Nawet padający deszcz i wiatr nie zmąciły naszej radości. Odwiedziliśmy kościół ( którego początki to ok. 4 wiek po Chrystusie), który szalenie podobał się Romkowi. Oto link do wnęyrza i krypt.https://youtube.com/shorts/BWT0wbFPCTg?si=CH8I-UiEP1r8_Mbp
Bilet nad morze kosztuje 1,90 euro ( u kierowcy 2,80) a autobus jedzie ok 40 minut.

Olbia
Miasteczko jest portowo – plażowe z uroczym deptakiem. Są tam piękne, zadbane budynki. Jest czysto. Co kawałeczek sklep z pamiątkami. Im bliżej morza, tym drożej. Przy porcie stoi koło młyńskie a z drugiej strony, przy parkingu „karuzela, karuzela na Bielanach co niedziela…”. Urocze, stylizowane na stare konie. W oddali są te podobno najpiękniejsze w okolicy plaże. Niestety deszczowa pogoda nie motywuje, by do nich podejść. Wieje lekko chłodny wiatr.



Tradycja w mikrofali
– I jak, smakowało? – pyta polska kelnerka w Trattori Zia Forica, w Sassari, oferującej sardyńską kuchnię. Wszystko fajnie, tylko jedzenie odgrzewane jest w mikrofalówce na oczach klientów…

Szczupła brunetka po 50 – tce poleciła mi makaron z mięsem i sosem Ragu a Romkowi PaneFrattau, czyli sardyński chleb namaczany w bulionie, posypany serem a na górze z jajkiem w koszulce. Na deser coś na słodko – słono, czyli Seadas. Jest to pieróg z słonym stopionym serem i polanym miodem.

Nie było to złe w smaku. Kiedy kończyliśmy jeść Polka podbiegła życzyć nam udanych wakacji. Szalenie to miłe i wzruszające. Z przstawek w innych knajpach niezwykle smaczne były przystawki pod postacią deski serów i wędlin oraz pieczone na głębokim oleju kulki z ciasta w smaku jak nasze pączki.


Naukowa brygada
Kolenego dnia obejrzeliśmy trzy muzea a w nich nieduże wystawy. Pierwszą znaleźliśmy w kampusie studenckim Uniwersytetu w Sassari. Jest tam Muzeum Nauki. Wstęp jest darmowy.W jednej sali, w kilku regałach umieszczono zabytkowe przyrządy / przybory związane z między innymi weterynarią, medycyną, nawigacją, laboratorium chemicznym, biologią roślin, fizyką itd. TU link do naszego filmiku.
Druga ekspozycja była w Muzeum Narodowym i dotyczy zabytków archeologicznych wyspy. Wejście 6 euro. FIlmik z tego miejsca : https://youtube.com/shorts/CntZm9H8kpc?si=_5_FbtXVOmirsR1H.
Wreszcie trzecia, obejmuje historię wojskowej brygady zmechanizowanej Sassari ( powstałej w 1915 r.), która walczyła podczas pierwszej i drugiej wojny światowej a w czasach nam bliższych brała udział w misjach np. w Iraku, Afganistanie czy byłej Jugosławii. Wejście jest też darmowe. W związku z tym, że jest na terenie koszar (w centrum miasta), to wchodząc zostawiamy dowód/ paszport.
Groby z neolitu
Po obiedzie pojechaliśmy do małej, acz rozległej miejscowości o nazwie Ossi. Jest tu kilka niespodzianek. Po pierwsze bardzo ważne Domus de Janas di Littos Longos. To wybite w skałach otwory – grobowce komorowe. Co ciekawe składały się one z kilku połączonych z sobą pomieszczeń. Precyzyjniej znajdują się w zboczach Monte Corona 'e Teula.
Dojście do nich nie jest trudne, ale wymaga trochę sprytu. Cały czas towarzyszy nam górzysta panorama wyspy. Kwiaty, drzewa mało znane w Polsce. W ogóle tu wszystko jest większe. Może to zasługa klimatu: ciepła i dużej wilgotności. Grobowce, które my znaleźliśmy, nie „dały” nam szansy na wejście. Okna za małe a my za duzi. Poza tym szalenie nisko.

Taka ozdoba
–Czemu tu służą zrobione ręcznie poduszeczki w kształcie gwiazdek, po co to ktoś przyczepił je w kilku rzędach od słupa do kościoła. FILMIK Z NIEGO TU? – pytam Pietro, który oprowadzał nas po muzeum w Ossi.
–Tak dla ozdoby, bez jakiejś idei –Przepiękne wzory kwiatowe, ręcznie robione, zdobiły np. schody przy innym kościele, czy tamtejszy krzyż otulony wełnianymi białymi różami. Na parapecie jednego z domów zastępowały żywe rośliny w doniczce. Muzeum znajduje się w 15 wiecznym budynku tzw. Pałacu Barona. Zwiedzaliśmy pokoje mieszkalne, ustrojoną sypialnię, jadalnię, zakład szewski, stajnię. Są tam stroje tradycyjne dla kobiet i mężczyzn. – Te rzeczy to donacja mieszkańców miasteczka lub są przysłane z okolicy – mówi nasz przewodnik skacząc z języka na język: z angielskiego na włoski i „na abarotkę”. Pokazuje nam małą karteczkę z informacją od kogo jest np. wysokie łóżko. Romek poszedł jeszcze zobaczyć Nuraghe Mandra’e da Giuda – megalityczną wieżę. Tym sposobem mieliśmy komplet ciekawostek prehistorycznych odhaczony.
Przyroda
To co nas zachwyca , to tutejsza przyroda. Niezwykłe kwiaty, drzewa dużo wyższe niż w Polsce.



W miasteczkach przy domach rośliny najczęściej wysokie rosną w doniczkach.

Sporo jest sukulentów w bardzo dużych rozmiarach…

Stary, niezwykły cmentarz w Sassari.
Niemal na każdym pomniku jest jakaś rzeźba przedstawiająca np. anioła, matkę, idące z kwiatem dziecko, ojca z córką. Są liczne popiersia ze srogimi minami kobiet, pobłażliwym spojrzeniem mężczyzn. Artysta uwiecznił generałów, dowódców lekarzy, profesorów…
Nagrobki mają różne kształty. Od tradycyjnych, po nawet piramidy , domki z zamykanymi na klucz drzwiami np. ze szkła. Na prawie każdym jest zdjęcie zmarłego niekoniecznie z dowodu osobistego. Zazwyczaj są uśmiechnięci, pogodni.

Nas zmroziła fotografia głowy i części tułowia leżącego na brzuchu noworodka… Intrygujące są piętrowe kolumbaria . Pod każdym jest przesuwna drabina, a piętro wyższe ma balkon.

Na cmentarzu jest krematorium, osobne pomieszczenie przypominające korytarz, gdzie w każdym boksie położono trumnę. Obok niej zdjęcia zmarłego, kwiaty. Dziś będą jeszcze 3 pogrzeby. Przy wejściu na cmentarz, przy kaplicy jest bar… . Niespotykane w Polsce. W jednej z kwater są prostokątne tablice nagrobne. Zastanawiamy się, czy tu pochowani są ludzie ubożsi, których nie stać na wystawny pomnik, a może pochówek opłaciło miasto, a może to nowa część cmentarza ( a na starym brak miejsca) i taki mają styl.
Są tu nagrobki dwójki Polaków, młodej kobiety i mężczyzny. Po drugiej stronie poletko z kilkoma tablicami a przy większości z wbitym w ziemię drutem i tabliczką z napisem : Ekshumowany + markerem dopisana data .
…. Koniec części pierwszej. W drugiej już zdecydowanie bardziej rekreacyjna część urlopu:):) Jest ona tu: https://2trawelersi.pl/sardynka-nieokielznana-cz-2/
Alicja Badetko
Przykładowe ceny +-:
Pamiątki:
Magnesik 1-2,5 euro.
Piny ok 2 euro
Szalik lokalnej / sardyńskiej drużyny piłkarskiej ok.15 euro.
Koszulki – 8 euro
Obrusiki z wyspą od 2,5 euro
Kubki od 3 ( wyprzedaże) po nawet 7/8.
Naszywka z flagą Sardynii – 5 euro
Jedzenie:
Deska ser- wedliny 12 euro
Pulpety – 12 euro
Kawa 1,2-2,5 euro
Piwo 0,5 w knajpie – od 3,5 do 5 euro (np. Olbia),
Pizza 12-16 euro w Olbii, na kawałki ok.2,5-4 w Sassari.
Kasza z owocami morza – 12 euro
Makaron z owocami morza – ok.21
Deska serów – 10 euro
Zestaw 18 pieczonych „kulek” – 15 euro
Obiad dla 2 osób plus picie w knajpie z kuchnią sardyńską – 29 euro.
Muzea:
Muzeum w Ossi – 4 euro .
Muzeum Narodowe w Sassari – 6 euro.
Komunikacja:
Bilet kolejowy na 24 h – 15 euro
Bilet autobusowy Olbia – Sassari (sunline) od 9-15 euro, ostatni odjazd z Olbii ok.16.30., Bilet do Ossi 4-6 euro za dwa.
Ceny biletów autobusowych zależą od ilości kilometrów dzielących konkretne miejsca.
