Słuchaj taksówkarza swego!

– Na Malcie jest pięć miejsc, do których warto pojechać: St.Peter Pool, Marsaxlokk skąd was wiozę, Comino, Valetta, Blue Grotto i Mdina. Zobacz tu masz mapkę. I na przyszłość – słuchaj taksówkarza! – mówi z uśmiechem , prostą angielszyczną, opalony mężczyzna koło 60-tki.

Do basenu Św. Piotra taksówka z centrum kosztuje 6 euro za dwie osoby. Płatność zdecydowanie gotówką. Przyznam, że z Marsaxlokk to jednak jest kawał drogi. Ostatnim razem po prostu mi się nie chciało tam podejść, chociaż byłam przy zatoce Królika, czyli tak mniej więcej w połowie trasy. Było też szalenie ciepło. Taksówkarz zaparkował na punkcie widokowym i dał wyraźne instrukcje.

– Na wprost zejdziecie do basenu. A potem w lewo i klifem, do kolejnych zatok! Powodzenia – dodał na do widzenia.

Zobaczcie sami, ten widok mimo wszystko jest warty uwagi. Przekrój geologiczny wyrzeźbionego przez wodę i wiatr klifu pokazuje też jak jest tu wysoko.

Na piaskowych skałach wyryte są czyjeś imiona, daty. Nas zaintrygował napis „Piotr ✝️♾️„. W pamięci mam zdjęcia z internetu, na których odważni skaczą tu w dół do czystej, przeźroczystej wody.

Wzrok przykuwaja kolory dna, od lekko turkusowego po ciemno niebieski. Po to tu sie przyjeżdża. Podeszłyśmy na punkt bardziej widokowy , na którym stała ( jak się okazało) polska wycieczka. Zapytałam więc przewodnika, o co chodzi z napisami. Pan szczerze odpowiedział: – Te napisy nic nie znaczą. Ludzie nie mieli co robić. Nie mogli pisać po piasku, więc zrobili to w kamieniu”

– Aha, czyli jak jaskiniowcy…

Na stopa

Klifem przeszłyśmy do kolejnych miejsc. Tu także można dopłynąć z portu. -Po tej zatoce kosztuje 5 euro, po dwóch 10, a po trzech 15. Ale dziś możecie popłynąć do każdej z nich za 10 euro. Taka promocja – dodajmy przed sezonem. Informuje nas pani sprzedająca usługę rejsu tutejszą, kolorową łódką o nazwie Luzzu.

Z każdym metrem widok zatoki i klifu był bardziej fantastyczny. Pogoda sprzyjała naszemu zwiedzaniu. Ile dało się , szłyśmy klifem. Niestety nie przez cały czas. Nieopodal Basenu Św. Piotra ktoś postawił sobie dom z widokiem na morze. Przy posesji jest ostrzeżenie, że to teren prywatny i pilnuje go pies.

Rzeczywiście po placu chodził czarny zwierz przypominający z daleka doga arlekina.-Tu mieszkają moi przyjaciele – przypomina mi się, jak mówił taksówkarz, kiedy przejeżdżaliśmy z drugiej strony tego domu. Przyjaciel, nie przyjaciel, ale prywatność trzeba uszanować. Nie było koło domostwa bramy, ale kilka kamieni na drodze odbijącej do willi wyraźnie sugerowało , by tam nie wchodzić.

Natomiast pod willą jest kamienna plaża a raczej kawał płaskiej skały, na której ostentacyjnie stał wielokrotnie otulony wiatrem fragment chyba jakiegoś klifu.

-Stań pod nim. Zobaczymy jak jest wielki – mówię do Gośki, która tym razem przyleciała tu ze mną.

Stamtąd jest fanatstyczny widok na kolejną zatoczkę z „oknem”. To miejsce jest także jednym z punktów pokazywanym podczas rejsu luzzu.

Szkoda było opuszczać to miejsce. Ale zmęczenie z pobudki w nocy, by dotrzeć na samolot, zaczynało powoli dawać znaki. Do Marsaxlokk zjechałyśmy „stopem”.

To droga do miasteczka ? – zapytałam naiwnie, jadącego bardzo wolno, mijającego nas kierowcę.

Tak… – a po chwili dodał – Zabrać was? To wsiadajcie!

Myślałam, że to możliwe tylko w naiwnych komediach… A jednak… – Moja córka była w Polsce. Ja jestem za stary na latanie, chociaż pojadę za jakiś czas do Wiednia – mówi nasz kierowca.

Spoko, w Polsce jest dużo starszych ludzi, będziesz się dobrze czuł – zażartowałam… Zapraszamy.

Pulpety po włosku

Jesteś z Polski, pamiętam Cię – przywitał nas właściciel włoskiej knajpy w Vallettcie, gdzie w listopadzie ubiegłego roku po południu zamówiłam cappuccino, robiąc największe wykroczenie w gastronomicznym włoskim świecie.

Tak to ja, zatem poproszę cappuccino – zamowiłam łamiąc włoską zasadę, że po 9 pije się tylko espresso. Tym razem właściciel zaproponował nam pyszny makaron z pulpetami. – To przepis mojej babci, a dziś jest daniem dnia

Przyznajemy – godny polecenia. Lekko przyprawione mięso, sosu i przypraw nie za wiele.

„Powinienem to zamknąć”

Nieopodal jest sklep z tanimi pamiątkami. Nazywa się C Galea Souvenirs. Ceny średnio są o 1-2 euro niższe niż w innych punktach miasta czy wyspy. Magnesiki po 1,20 maks, kubki od 2,5 euro, torby z maltańskimi wzorami po 2,5 euro, bawełniane czapki z daszkiem – 5,5 euro. Mnie od dawna urzekają malutkie, ręcznie malowane miseczki o średnicy może 5 cm.

-Tak, ten kubek kosztuje 2,5 euro. Był za 5. Znajomy likwidował sklep i mi dał. Chyba podwyższę ceny, jak już zrobisz u mnie zakupy – zażartował sprzedawca, na moje stwierdzenie, że tu naprawdę sie opłaca.

Siadaj na schodach!

Nieopodal są górne i dolne Ogrody Barrakka, Katedra , budynek Biblioteki, Fort św. Elmo, Casa Piccola…. Prowadzą nas w ich kierunku kamienice z kolorowymi, drewnianymi oraz wysuniętymi na ulicę oknami. Na szerokich schodach poukładane są poduszki, kwadratowe mini stoliki z drewna. Wszędzie można wypić drinka z serii „happy hours”, czyli dwa za jeden. To oczywiście nie wszystkie atrakcje tego miasta. Dużo jest tu kościołów wklejonych między kamienice, czasami o różnej wysokości i fasadzie. To sprawia wrażenie bałaganu architektonicznego kompletnie poza kontrolą.

Zresztą gdzie się nie spojrzy czy to w wioskach, czy w większych miastach , wszędzie są budowlane żurawie. Czasem mam wrażenie, że patodeweloperka jest tutejszą domeną. Nie mniej – miejsca jest mało, a jak stwierdził nasz taksówkarz: „od 5 lat bardzo dużo ludzi tu przyjeżdża. Trzeba ich gdzieś pomieścić”. Rzeczywiście , główny deptak pełen jest turystów, wśród których w rozmowach przeważa język polski…

Do Sliemy popłynęłyśmy niewielkim promem za 3 euro od osoby. Niestety nie można wykorzystać na rejsy kupionych na lotnisku np. 4 dniowych biletów na komunikację po wyspie ( Także po Gozo). Taki bilet kosztuje 21 euro. Podwyżka o 2 euro od listopada.

Nasz hotel MrTood

Tym razem mnie zaskoczył. Najpierw był problem z rozliczeniem pobranego via booking depozytu, potem nie działała karta do pokoju, kolejno ubikacja… Nie może być przecież normalnie. Pracownicy recepcji na nasz widok są pełni obaw. Finalnie spłuczka działała jak chciała, czyli raz tak, raz nie. Po drugiej wizycie hydraulika z Serbii – odpuściłyśmy. Woda z butelki też działa…

Zachmurzenie czy deszcz

Kolejnego dnia była loteria pogodowa, która tu wyjątkowo szybko się zmieniała. Mimo spontanicznego wyjazdu plan musi być. Mniejszym złem – bowiem miało być tylko zachmurzenie – okazało sie Comino. Pytanie brzmiało inaczej – czy dostaniemy sie na tę niewielką, przepiękną widokowo wysepkę. Nie chodzi o brak łódki z Cirkiewwy, ale limity dotyczące ilości turystów docierających do tego małego raju. Jak sie okazało jeszcze nie było takowych, chociaż dostaliśmy pomarańczową opaskę na rękę. A na wyspie stał namiocik z panami, którzy wydawali podobne , tyle że zielone , osobom które przypłynęły prywatnym transportem.

Comino to dla mnie jedno z bardzej uroczych miejsc na świecie. Nie tylko można tu się kąpać w chyba już ciepłej wodzie, ale i pochodzić po wyspie, oglądając urocze zatoki i zabytki jak dawny szpital. To tu są fastfoody na kółkach, z cenami oscylującymi około 8 -15 euro za danie. Zatem całkiem okej. Z bud słuchać discotekową muzykę. Raj na ziemi dla niektórych. W sezonie biznes kwitnie. I lepiej tu wtedy nie płynąć.

Na Comino kupicie też ananasa z wydrążonym środkiem, w miejscu którego serwuje się drink mniej lub bardziej alkoholowy. Cena to około 10 euro. Tu także na szczycie klifu jest toaleta, czyli dość kluczowe miejsce. Przyznam, że dba tu się o porządek. Pełne śmieci lub ananasów worki w koszach wymieniane są niemal po wypełnieniu, i jest ich całkiem sporo.

Kiedy byłyśmy, to w porównaniu z sezonem, tłoku znacznego nie zaznałyśmy. W tutejszym małym porcie zatrzymują się promy np. ze Sliemy, płynące potem na Gozo i wracające na Maltę. Chodząc po wyspie niech was nie zdziwi multum jaszczurek, których plastikowe lub gliniane odpowiedniki przyklejone na kawałku magnesika na kupicie w sklepikach od 2-5 euro za sztukę.

Ten dzień był naprawdę udany, bowiem wszystkie środki transportu miałyśmy na czas. Więcej – nie musiałyśmy na nie czekać dłużej niż kilka minut. Były albo podstawione, albo właśnie nadjeżdżały. A przecież to niedziela. Zaskoczył nas wprawdzie, zmienioną od Sliemy do Saint Jullian`s trasą, autobus do Cirkiewwy, ale dalej już było piękne – bowiem droga wiedzie głównie wybrzeżem. Błękit wody, palmy, saliny, żółte domy, błękitne niebo…

Zachmurzone, ale wciąż Blue

Blue Grotto zostało nam na ostatni dzień. To kolejny punkt z serii obowiązkowych do zwiedzania na Malcie. Mimo niewielkiego wiatru i lekkiego zachmurzenia rejs pod klifami był fantastyczny.

-To nie jest jeszcze Blue Grotto, to grota kota… miaaaałłłł – instruował starszy mężczyzna kierujący łódką. – A tu popatrzcie do wody i na ścianę – są czerwone. Tu jest koral… – dodał.

A tu niebieskie okno – przystanął, by każdy mógł zrobić kilka zdjęć. – No a tu mamy Blue Grotto wpłyniemy głębiej, bo grota jest duża.

Rejs trwa może 20 minut. Kosztuje 10 euro od osoby. Za bilet płaci sie tylko gotówką.

Złudna nadzieja

Z Valletty mamy autobus nawet o 20.40. Zwiedzimy wszystko. – mówi stojąca obok nas dziewczyna. Przystanek, skąd jadą autobusy do Rabatu lub na lotnisko jest jakby na zakręcie, przy parkingu. Zjeżdża się tu z góry. Czasem widząc manerwy kierowców trzeba stwierdzić: chapeau pas. Dodajmy, że utrudnieniem mentalnym dla nas jest ruch lewostronny. Fajnie wiedzieć, że tutejsze autobusy jadą lub nie. Dlatego na ostatni bym nie liczyła, jak planowały turystki z Polski.

I rzeczywistoście szybko sie o tym przekonały, bo rozplanowany raz na godzinę zielono – biały pojazd po prostu nie przyjechał po nas. Trzeba było wdrapać się na położony dużo wyżej przystanek „Panorama” (faktycznie jest tu rewelacyjny widok na morze, zatoczkę, klif) skąd grupka głównie Polaków czekała na niego lub inny kurs tym razem do Valletty. 40 minut później wracałyśmy do stolicy wyspy. Uznałyśmy, że jedziemy do „naszej” włoskiej knajpy a potem zadecydujemy. W połowie drogi zaczął lać deszcz.

Malta w przyszłości

W Farinie ludzi było bardzo dużo. Nie mniej dość szybko dostałyśmy steka i makaron z owocami morza. Kiedy kończyłyśmy jeść przysiadł się do nas właściciel knajpy. Przyjemny człowiek. Widać, że zna się na kuchni. Chwilę porozmawialiśmy o życiu na Malcie, kotach, których ponad dwadzieścia dokarmia. Z restauracji wyszłyśmy około 16. Czy był sens jechać w głąb wyspy do Rabatu i Mdiny (które były w planach z Blue Grotto), skąd dojazd do noclegowego miasteczka był lekko ograniczony? Nie. Powłóczyłyśmy sie po Vallettcie i udałyśmy do Sliemy.

Podczas naszego wyjazdu przy dworcu autobusowym, nieopodal fontanny Trytona postawiono sześcian. Cały na zewnątrz z materiału srebrnego, niczym szkło odbijającego słońce.

Po co to postawiono tutaj ?- pytam pracującej młodej dziewczyny o długich ciemnych włosach. Ona jest szalenie zdziwiona moim pytaniem. Jednak na zewnątrz budynku poza prostokątnym, nic nie mówiącym czerwonym telebimie , nie ma żadnej informacji o tym miejscu.

Valletta jest stolicą Malty. Tu jest wyświetlany do końca kwietnia krótki film o tym, jak będą wyglądać miasto i wyspa w przyszłości. Wstęp jest darmowy – tłumaczy jak krowie na miedzy. Nie skorzystałyśmy z okazji, bo za chwilkę miałyśmy autobus.

Święty Julek

Ze Sliemy poszłyśmy do Sint Julian`s. Już wiem, dlaczego bus jedzie inną drogą a nie wzdłuż promenady. Na drodze stoi galeria handlowa – największa na wyspie. To w rzeczywistości niewielki kompleks sklepów i restauracji w połączeniu z zamkniętym osiedlem pewnie apartamentów. Natomiast za budynkami jest widok na morze. Na wybrzeżu widać jednak skutki ostatniego huraganu. Naprawy linii brzegowej są w trakcie. Pozostało nam wrócić jakiś kilometr do przystanku, za którym autobusy skręcają, omijając problematyczny punkt. Możliwe, że i dało by sie przejść pod galerią, jak jadą spowrotem autobusy, ale… miałyśmy już dość błądzenia.

Saint Julian`s, to miejsce wiecznych wakacyjnych imprez. Urocza zatoka, obstawiona jest hotelami, apartamentami. Zachód słońca obserwowany z jednej z restauracji – robi wrażenie.

No i lunęło

Samolot do Katowic miałyśmy następnego dnia o 15. Do przynajmniej 13 był czas na kupno ostatnich pamiątek, typowych maltańskich ciastek z corabem czy przypominających sucharki , ale z migdałem i rodzynkami. Ostatni spacer promenadą… Kiedy siedziałyśmy w pobliskim bistro popijając kawę i smufi z egzotycznych owoców… za oknem lunęło. W jednej chwili na ulicy pojawiły sie strugi wody, które rozjeżdżane przez koła pojazdów nie były w stanie spłynać do mało wydolnych studzienek. Z Malty wylatywałyśmy w deszczu. Pogoda i tak dopisała, patrząc na wcześniejsze prognozy na www.yr.no. Dziś na wyspie pada. A nam wypada cieszyć się z krótkich wakacji.

Alicja Badetko

Jeśli Was zainteresował post, polecamy inne teksty z poprzednich wypadów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *