Kamienny mur

„Carpe diem” mówił Horacy. I miał facet rację, bo dla tych widoków warto przyjechać do Marsaxlokk na Malcie. No i po talerz makaronu z owocami morza. „Zobaczyć, zjeść i umrzeć” tyle wystarczy do szczęścia – parafrazując kolejne powiedzenie.

Ten samotny wypad na Maltę był trochę z przypadku, trochę z fanaberii. Cztery dni wolnego dają pole do popisu. Może lot nie był tym z serii najtańszych (ok. 500 zł, Wizzair), nocleg cenowo ze średniej półki (Hotel Mr Tood – 240 euro za 3 noce plus po dyszce za naprawdę pyszne śniadanie), ale było warto. Tym bardziej, że do Sliemy przyleciałam dzień przed Halloween, by sprawdzić jak tu obchodzi się to święto. Ale poza standardowymi ozdobami w knajpach i niewieloma dzieciakami poprzebieranymi nic nie widziałam.

Ale od początku.

Stój tu i czekaj

Lot kupiłam z opcją transferu z lotniska. Nie była to jak podejrzewałam taksówka, ale bus. Mankament polegał na tym, że trzeba było czekać aż w odpowiednim kierunku zbierze się grupka przylatujących. Po 40 minutach czekania, zerowego działania panów z firmy (podejrzewam, że Pakistańczyków, których jest tu bardzo wielu choćby pracujących jako kierowcy) straciłam cierpliwość… Kilka minut potem jechałam sama do Sliemy w 10 – osobowym busie. Kolejny raz nie wybiorę tej opcji ze względu na stratę czasu i brak organizacji.

Niebieski słoń
Gdyby chaos miał imię, to nazywał by się „maltańskie autobusy”. Jeden nie jedzie, inny 30 minut na „minusie”, trzeci zwiał z przystanku. Maltańska godzina jest pojęciem względnym. Na przystanku Il Żurrieg Panorama połowa stojących to Polacy. Jedni z nadzieją czekają na autobus do Rabatu (to ten spóźniony z „dołu” , z punktu odpływu łódek), reszta wsiada do kursu w kierunku „Valetty”. Jestem bowiem na uroczym, mimo wszystko ale zadupiu, na drugim końcu wyspy.

A jest sobota…więc autobusy co godzinę. Natomiast na dole przy zatoce jest możliwość popłynięcia łódką motorową wzdłuż klifu, wpłynięcia do niewielkich jaskiń. Jest to ciekawe doświadczenie, polegające głównie na łapaniu okazji do zrobienia fajnej fotki. W między czasie człowiek zachwyca się widokami i uważa, by telefon nie wpadł do wody.

A tak serio mówiąc – warto z bliska zobaczyć te kolory podłoża i skał, te błękity czasem widziane z okienka samolotu. Miejscami przeźroczysta toń ciągnie się nawet kilkanaście metrów w dół . Jednak woda nie jest moim żywiołem. Poza tym mam wrażenie, że to czysta komercja, bez niczego ponad to. Jednak co się dziwić. Zadaniem sterników jest zarobić.

Formację skalną o nazwie Niebieska Grota szalenie lubię. Za kolory wody, za skały i jaskinie, klif przypominający np. z dala trąbę lub stopę słonia. Punkt widzenia zależy od wyobraźni. Ja na jednej ze skał widzę wyciętą twarz niczym z australijskich kamiennych posągów… Natura jest niesamowita, a wszystko co widzimy jest tylko tu i teraz.

Socjologowie powiedzą „styczność bezpośrednia”, bo za chwilę słońce inaczej oświetli klif a morze stanie się groźne. Wielka, ołowiana chmura nadciąga nad zatokę, dlatego zmienia sie wszystko od temperatury powietrza po kolor morza.

Dziś siedziałam na szczycie klifu. Taki sobie postawiłam cel. Godzinkę, prawie dwie. Na uszach przez bluetooth brzmiała muzyka o częstotliwości 452 Hertze. Medytacja. Chciałam też jechać na nieodległe Klify Dingi. Jednak że względu na brak autobusu wróciłam linią 74 do Valetty na obiad. W drodze do stolicy zachwyciło mnie jeszcze coś – murki wzdłuż ulicy, które zbudowane są z kamieni. Nic szczególnego powiecie – tylko w sporej części, w nich nie ma cementu lub czegokolwiek, co by kawałki skał skleiło.

Po cappuccino poznać Polaka?!

– Jesteś z Polski?! – mówi radośnie niewysoki włoch w koszuli, w biało niebieskie paski , w knajpie FarinaPasta&Pizza w Valettcie. Zapewne to jej właściciel. Dba o klientów. Podchodząc do stolików pyta, czy wszystko smakuje. – Yyy tak…
– Bo we Włoszech cappuccino pijemy rano do 9 rano, nie do 21. Pamiętaj! Potem co najwyżej pijemy espresso… A wy Polacy bardzo lubicie cappuccino, dużo go pijecie, o każdej godzinie. Dlatego wiem , skąd jesteś! – śmieje się. I tym sposobem było dość wesoło. Tu polecam makaron z owocami morza.

Dzień wcześniej jeszcze w Gzira , w restauracji Storie 2 niemal identyczną minę zrobił tamtejszy kelner.
– Nie można, nie możliwe, by kupić cappuccino? – pytam. A było około 19.30.
– Jesteś z Niemiec?? Bo jak o tej porze mówisz Włochowi, że chcesz cappuccino, to mogę mieć atak serca. My o tej porze tego nie pijemy…

Spoko jestem medykiem, zrobię reanimację, jak trzeba – dukam po włosku.

Kelner zaczął się głośno śmiać. Podszedł drugi zaciekawiony zamieszaniem. Ten stojąc made mną opowiada całą historię.
Dziękuję, że mnie uratujesz!!! – poklepał familiarnie po ramieniu i poszedł do kuchni. A po kolacji zachciało mi się Kannolli – smacznego ciastka z np. pistacjowym kremem w środku.

Caravaggio

Korzystając z okazji odwiedziłam w Valettcie Katedrę pw. św. Jana Chrzciciela. Przyszłam niecałą godzinę przed zamknięciem, dlatego kolejka była krótka. Stało zaledwie kilka osób.

Najpiękniejszy obiekt sakralny wyspy zbudowali Joannici w 16 wieku. Jeżeli fascynuje was sztuka, poszukajcie koniecznie obrazu Caravaggia – ścięcie św. Jana Chrzciciela. Trudne to nie będzie.

Wejdźcie też na piętro, by obejrzeć mini wystawę multimedialną prac wspomnianego malarza. Szału szczerze nie ma, ale plus za pomysł. W kościele są misternie i precyzyjnie wykonane elementy wystroju. Jak się okazało nie jest to złoto, ale drewniane elementy pomalowane farbą. Nie mniej robi to wrażenie. Na podłodze są niesamowite płyty nagrobne.

https://youtube.com/shorts/TB-5WPZGcX4?si=oWJwSnxWszXWl3XE

Trasa spaceru po stolicy Malty prowadziła mnie między wysokimi kamienicami z kolorowymi wystającymi oknami, które wyglądają jak malutkie, zabudowane balkony. Są one czerwone, niebieskie , żółte, zielone, fioletowe.

Długie schody, na których ustawiono stoliki z knajpek – to tutejszy standard. Z rogów kamienic zerkają każącym wzrokiem święci…

Mijamy Fort Elmo, ciekawą uliczkę z mostkami. Idę na tzw. Górne Ogrody Barraka, skąd jest fantastyczny widok na port oraz miasteczka po drugie strony zatoki np. Kalkara czy Birgu i starą zabudowę Valetty, która prowadzi do dworca autobusowego. Tu zaskakuje bardzo duża ilość gołębi i w ogóle wszędzie jest bardzo dużo much.

Jeżeli lubicie muzea , to jest tu ich kilka od Narodowego Muzeum Archeologicznego przez Narodowe Muzeum Wojny po Casa Rocca Piccola w 15 wiecznej kamienicy, będące kiedyś domem bardzo ważnej tu rodziny de Piro.

Zapiera dech

Marsaxlokk było drugim miejscem, do którego chciałam pojechać. Tym razem zainspirował mnie tekst na jednym z podróżniczych blogów (www.górskiewyrypy.pl), gdzie znalazłam ciekawą trasę z Marsaskali do Marsaxlokk. Kilka kilometrów – w dużej części prowadzącą klifami. Biorąc pod uwagę, że z Marsaskali ostatnio mieliśmy problem z wydostaniem sie po południu , to Marsaxlokk był jedyną opcją. Poza tym rozczula tam widok kolorowych: czerwono – żółto i nade wszystko niebieskich – łódek, charakterystycznych dla tego miejsca.

Stoją one dumnie na błekitnym morzu. Tym razem był przypływ i woda wdzierała się na chodnik. Promenada wypełniona jest straganami, które kawałek dalej zastępują stoliki z knajpek po drugiej stronie ulicy. Jedzenie greckie, włoskie, lokalne. Dla mnie owoce morza nie mają konkurencji.

Tak, tam musisz iść. Do Zatoki św. Pawła jest kawałek. Może Uber pojedzie, to kosztuje jakieś 5 euro. Niewiele. Zapowiadali po południu deszcz, ale może przyjść wcześniej – tłumaczy mi babka w moim wieku, równie wydziarana, sprzedająca koszulki na targu przy porcie. Na pobliskie wzgórze nie było tak daleko jak by sie wydawało. GPS, skróty dla rowerzystów i 40 minut później jestem na szczycie.

Stąd rozpościera się z widok na dwie zatoki Rasilfenek oraz ill HofraIkbira.

Biało – żółte skały piaskowca, woda w odcieniach od ciemno niebieskiego po błękitny. Urocze. Siedziałam tam dobrą godzinę nie mogąc odwrócić wzroku od wytworów natury. Słońce świeci bardzo mocno. Napewno jest dwadzieścia kilka stopni. Co jakiś czas do zatoki wpływają łódki motorowe z turystami. Taka przyjemność w wariancie rozszerzonym kosztuje 15 euro.

Na ziemi niska roślinność, drobne kamienie. Stojąc na skarpie trzeba uważać, by w zachwycie zbytnio się nie pochylić. Do ostatniej zatoki nie chciało mi sie już iść.

Wracając do Sliemy wysiadłam jeszcze w miejscowości Paola, gdzie przy przystanku jest stare więzienie dla kobiet, a z drugiej strony robiący wrażenie kościół. Niestety był zamknięty.

***

3 dni minęły szybciuko. Czy można było zobaczyć więcej? Jasne, że tak. Ja pojechałam sobie jeszcze do nieodległego od Sliemy Sint Julian – rozrywkowego kurortu z urocza zatoczką.

Odwiedziłam tam mój ulubiony kościół. Woda w zatoce jest nieskazitelnie błękitna, ale śmierdzi strasznie, jakby ściekami. Niektórym to widocznie nie przeszkadza.

Ostatni rzut oka na Sliemę, Gzirę oraz Valettę by night i do domju…

Alicja Badetko

Koszty:

Bilet na komunikację – 4 dni – 19 euro, na 7 dni – 25 euro. Kurs łódką – Blue Grotto – 10 euro / 5 euro; rejs po zatokach Marsaxklok do 15 euro. Taksówka na lotnisko zamawiana w Hotelu – 20/25 euro. Wejście do katedry w Valettcie – 15 euro, 12 seniorzy.

Jedzenie:

Tależ z makaronem i owocami morza – 17-25 euro; kefir w sklepie – ok 2 euro, chleb – ok 3 euro+, ciastka w restauracji od 4,5 euro+, woda -1,5 l za euro, 2 l 1,5 / 2 euro; kannolli nawet 6 euro, kawa od 2,5+., drinki w knajpachn np. 7 euro (polujcie na happy hours nawet od 14 godziny), pizza od 9/10 euro; biżuteria srebrna wykonana w stylu filigranu od 15 euro+ (warto kupować w muzeach – bo ceny dość sensowne).

Inne nasze teksty o atrakcjach Malty

  1. Maltański kurz – 2trawelersi
  2. I love Malta – 2trawelersi
  3. Maltański żar tropików – 2trawelersi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *