Chodząc po Kopenhadze miałam wrażenie, że jestem w centrum Wiednia. Nawet markowy sklep Luisa Vuitona mi o tym przypominał. Nastrój świąteczny dominował a potężne kamienice z przeszklonymi wystawami zapraszały do środka. Na jednym z ryneczków pachniało grzańcem a ogrodzony światełkami obszar świadczy o sezonie jarmarcznym. Zatem „Hoł, hoł, hoł”, mimo że to dopiero początek grudnia.

Przylatując na lotnisko Kastrup trzeba liczyć się z tym, że jest ono ogromne, niczym dwupoziomowa galeria handlowa. Na szczęście jest fantastycznie i prosto opisane neonami, strzałkami, drogowskazami. Po jakiś 10 – 15 minutach marszu z terminala B (tu przylatuje np. Wizzair z Katowic czy Gdańska), przejechaniu ruchomymi schodami, weszłyśmy z Agnieszką na najniższy poziom Airport Kastrup, czyli na stację kolejową. Bardziej przypomina ona metro. Bilet (równowartość 300 koron szwedzkich) do Malmo można kupić przez aplikację lub w bardzo prostych w obsłudze automatach. Dodatkowo jest tam pomoc pracownika lotniska. Nasz pociąg jechał do Goeteborga właśnie przez Malmo. Zmiana kraju zabrała nam może 25 minut. Dziwne wrażenie, kiedy jedziesz na szynach, a w około morze. Z okna widać niewielki prom płynący w kierunku „farmy wiatraków” wsadzonych w wodę niczym plastikowe kwiatki w doniczkę na cmentarzu.
Cóż, że do Szwecji
Szalenie lubię Skandynawię. Kiedyś pracowałam w Szwecji, na jej północy pod kręgiem polarnym, stąd sentyment zawsze we mnie będzie. Tym bardziej cieszę się, że ponownie poza Sztokholmem udało mi się tu przyjechać. Malmo mnie zauroczyło. Po pierwsze spokój. I mimo że to jedno z większych, ważniejszych oraz portowych miast nie widać tam szaleństwa na ulicach. A to, co łączy i Malmo, i stolicę Dani, to rowery, setki rowerów, tysiące jednośladów sunące po swoich ścieżkach niczym w Niderlandach.



Jest tu bezpiecznie. Czuć atmosferę świąt. Na ulicach jest już trochę ozdób, girlandów oplatających drzewa czy zasłoniętych od zimna ogródków przyknajpianych. W oknach zamiast firanek są delikatne zasłonki i lampki. To na wypadek, by wracający do domu Szwed, nie pobłądził. Taka jest legenda.
W jednej z knajp są wysokie metalowe „piece”, ogrzewane siedzenia na ławeczkach , a do tego chłodny powiew powietrza. Wszędzie wiszą bombki, lampki także w kształcie dużych żarówek. Zapach grzańca… Tu w osobnym kubełku podaje się w komplecie rodzynki, płatki migdałów oraz ciasteczka korzenne.
W sklepie z herbatami jest zapach niezwykły. – Tu mamy herbaty ziołowe, tam czarne, zielone i białe… – mówi uśmiechnięta sprzedawczyni, co chwilę otwierając wielkie szklane słoje z suszem. – Proszę powąchać… – i nabiera na metalową łopatkę kilkanaście deko suszu. 10 deko około 79 koron i więcej.

Świąteczna mieszanka pachnie imbirem i przyprawą piernikową. A na wystawie ruszające się bobry… Poniżej Malmo baj najt, budynki nieopodal dworca.
Cmentarz dla elity
– To stary cmentarz . Leżą tu niegdyś bogaci ludzie. Teraz już się tu nie chowa. Ale opowiem ci coś. Mój mąż chciał być pochowany w górach na północy Szwecji, przy granicy z Norwegią. Zatem po śmierci skremowaliśmy go i część prochów rozsypaliśmy tam, a reszta popiołów jest w grobie moich rodziców – opowiada zapytana pani, na oko po 60tce, która przyszła tu porobić zdjęcia.

Pomniki są przeróżne zarówno w kształcie, jak i materiale. To kamienne , marmurowe, posągi , to betonowe niby w formie listu, zaokrąglonej tabliczki wbitej w ziemię. Jeden jest szczególny przypominający wsadzone w podstawkę zielone jajo. Leżą tu na przykład malarze, pisarze. Jest też część z ludźmi skremowanymi a ich pomniki to położone na ziemi tafle kamienia. Panuje tu bardzo staranny porządek. Wszystko jest pod linijkę, nawet „ogródeczki” ułożono według pomysłu.
Molen!!!
Za ulicą jest druga część cmentarza a za jego – dziś już symboliczną drewnianą bramą z belek ( jak w cmentarzach zakopiańskich lub skansenach)- jest rzeka i pierwszy – mniejszy, pomalowany na żółto zamek z 19 wieku .
– Dziś tu jest szkoła, gdzie uczą Zumby. I mają dobre oceny nawet – mówi Aga, sprawdzając gdzie doszłyśmy.


Po przejściu przez park z niesamowitymi drzewami ( jedno nawet swe ręce rozpostarło na kilkanaście metrów na ziemi) oraz ogródek, zrobiłyśmy sobie zdjęcie pod wysokim , drewnianym wiatrakiem. „Zerka” on na zamek z 15 wieku i otaczającą go fosę. Jest tam dziś muzeum historyczne. Wejście od 150 koron. To absolutne „musisz zobaczyć” w szwedzkim miasteczku.
Sernik z malinami
My jednak pomaszerowałyśmy w kierunku placu, mniejszego rynku, gdzie wczoraj smakowałyśmy gloga, czytaj ich grzańca, do kupienia wszędzie a w Polsce, w IKEA. No i w knajpce obok sernik, ale jaki?! To, że naprawdę pyszny, to mało powiedziane. Posypany startą białą czekoladą, przyozdobiony malinami…
Ludzie są tu jacyś inni. Spokojniejsi. Uśmiechający się. W knajpach czy sklepach niebanalna czilałtowa muzyka. Okna firm z biurkami od ulicy oddzielają delikatne żaluzje. Nawet niechlujnie niezaciągnięte. Tu naprawdę czuję się Europę. Budynki są wysokie, szklane domy o bardzo ciekawej bryle. Nieopodal jest drugi rynek Stortorget. To tu jest najstarsza – bo pochodząca z 18 wieku apteka pod Lwem, ratusz, oraz Residenset. Stąd śmiało można dojść do dworca kolejowego.
Wsiadłyśmy do stojącego pociągu, który okazał się jechać nie tylko do Lotnisko w Danii, ale i niemal pod nasz hotel Wake up Kopenhagen, nieopodal Parku rozrywki Tivoli. Z duszą na ramieniu, wsparciem GPS, udało się szybko znaleźć obiekt gdzie…
Odprawa do hotelu
technika albo zmęczenie wygrały z nami
. Poprzedniej nocy zrobiłam wymaganą odprawę on line, by usprawnić proces rejestracji w hotelu. (Można to zrobić też na miejscu przy komputerach). Ściągnęłam wymaganą aplikację Areo Guest. O magicznej 15 h pojawił się tam kod jako klucz do otwarcia pokoju i uruchomienia windy… . Wszystko fajnie, ale czujnik na drzwiach nie zaprzyjaźnił się z telefonem z włączonym blutufem. Telefonem trzeba było go potrzeć… Ale nic nie stykało. Zbiegłam na parter i drugie podejście do miłej pani za bufetem recepcji.
– Nie działa ? Hmmm, to damy klasyczną kartę do otwierania drzwi .
– Super, trochę techniki i człowiek jak dziecko jest.
Kurtuazja, żarciki za nami a drzwi dalej nie otwierają się. I olśnienie… to nie ten numer pokoju . Pokoik był mały, łóżko jest podwójne, kabina w środku, stolik. Bez szafy, ale z dużym oknem. Jest dobrze!
Tivoli do woli
Oczywiście pod warunkiem, że za wstęp zapłaci się 180 koron, a dodatkowo za wejście na każdą atrakcję. To ciągnący się przez część długiej ulicy kompleks gastronomiczno – rozrywkowy. Przejścia z parku do knajpy bronią ochroniarze. Natomiast odradzam stoisko z kurczakowymi kebsami, bo mięso smakuje jak zmielony tuńczyk z puszki. Zestaw kurczak w picie ( bułka 10 cm średnicy ) z frytkami i piciem, to 160 koron. Kijowe to jedzenie. A do wyboru też pizza od 120 koron po „chińczyka”. Jest tam też sklep z pamiątkami, gdzie dominują ozdoby świąteczne , Dziadki do orzechów, Muminki na wielu nośnikach i drewniane zabawki. Od strony ulicy sklep LEGO. Mało tu ordynarnej chińszczyzny.
Hop on , Hop Off
Hop on, hop off, czyli autokarem przez Kopenhagę. Trasy są trzy, z czego najsensowniejsza jest czerwona. Koszt 31 euro. Czasem w promocji, w tej cenie, jest także przepłynięcie się łódką po kanale. Bilety można kupić przez aplikację. Obejrzałyśmy między innymi okrągły , niezwykły w środku kościół luterański ,
na przeciw którego przy pałacu jest o 12 zmiana warty. Polecamy standardowe miejsce odwiedzin, czyli Nyhavn – dzielnicę z kamieniczkami kolorowymi (to dawna portowa dzielnica rozkoszy)… Są tu knajpki, budy ze słodyczami. Jak my byłyśmy, akurat sprzedawano nabite na patyk choinki z ciasta gofrowego polanego do wyboru i smaku czekoladą oraz posypane słodkiego ozdobnikami.
a w porcie z wykonanym szybkim wyskokiem na fotkę przy Syrence.
– Ona zawsze się cieszy na wasz widok – zachęcał kierowca czerwonego autobusu.
Zwiedziłyśmy też palmiarnię (40-70 koron wstęp) oraz twierdzę,
Kawę wypiłyśmy w położonym obok muzeum historii naturalnej. Wszystko jest w jednym obszarze.



Rosenborg
Polecamy odwiedzić ten zamek, w którym najciekawszy jest skarbiec. Cena biletu od 90 (ulgowy)-150 koron.
Fantastyczny jest tu ogród…
A potem tylko wieczorny spacer po mieście, zahaczając o włoską knajpę i kilka sklepów pamiątkarskich oraz jarmarki świąteczne.
Ciastko i kości
Na drugi dzień już samodzielnie chodziłyśmy po mieście, zaglądając między innymi do przytulnej knajpki z całą wystawką dotyczącą starych zabawek i rodziny królewskiej. No i być tam i nie zjeść kultowego ciastka, zwijanego jak ślimak, z cynamonem i rodzynkami, to jak nic nie zjeść w Skandynawii:)

Muzeum Medyczne to siostra placówki w Leiden (Holandia). Preparatów jakby mniej, ale można robić zdjęcia i nagrywać filmiki. Ale zarówno fan farmacji, jak i anatomii znajdzie coś dla siebie. Trochę historii medycyny, trochę psychologii i autentyczna sala wykładowa.
Wieża cięta nożem
W dzielnicy Christiana, za podświetlanym mostem, wzorowanej na jednej z części Amsterdamu, jest kilka kościołów, z czego jeden udostępnia wejście na sam szczyt swojej wieży. Wstęp kosztuje 50 koron (ulgowy). Po czym suniemy na sam szczyt, gdzie poza przepięknym widokiem na miasto, a nawet most do Skandynawii, mocno wiało.
Wnioski
Kopenhaga czy Malme są do przejścia w 1-2 dni, ze zwiedzaniem muzeów. Więcej czasu nie jest potrzebne. Miasteczka są małe, kameralne, fajnie skomunikowane ze sobą. Natomiast pociąg na lotnisko z Kopenhagi jeździ średnio co 15 minut. Bilety kupiujecie na dworcu w specjalnych samoobsługowych kasach. Trasa zabiera mu kwadrans. Bardzo prosto trafić ze stacji do właściwego terminala, a w nim do odprawy bezpieczeństwa. Wszędzie są monitory informujące , z jakiego terminalu jest odlot do danej destynacji. Potem już szaleństwo na bezcłówce oraz w naszym przypadku był kwadrans marszu do terminala z odlotami. Tam bez żadnego problemu przeszłyśmy gate odprawy końcowej, Nikt nam nie weryfikował wielkości , ilości toreb. Nikt nie zwracał uwagi czy jesteśmy w wariancie priorytet czy zwykłego pasażera. Hygge.
Alicja Badetko
Info konkretne:
Malmo:
Hotel: First Hotel Jörgen Kock był 3 minuty od dworca kolejowego, nieopodal portu, skąd do centrum było niewiele ponad10 minut spacerem.
Szukając noclegu w Malmo widziałam wiele ofert pokoi tradycyjnych, o normalnych gabarytach około 20 m2, a nie 7 czy 12 z kapsułami jak w Kopenhadze. Wspomniany obiekt zdecydowanie polecam. Śniadanie kontynentalne, typowe, bez problemu dla miłośników mięsa, jak i wege. Sam pokoik z łazienką i dwoma łóżkami ( na wyposażeniu ręczniki [czasem oferty noclegów tego nie oferują !], czajnik) kosztował nas około 500 zł za dobę. Co ważne, było ciepło i czysto.
Kopenhaga – nasz hotel Wake up Kopenhagen, położony do 10 minut spacerem od dworca, przy Parku Tivioli, w Kopenhadze. A do centrum jakiś kwadrans.
Ma małe pokoje, w którym kabinowa łazienka zajmuje połowę przestrzeni. Brak szafy, uchylny stolik, logowanie do pokoju i windy na kod. Łóżko na dwie osoby – akurat takie nam przypadło. Chcąc mieć komfort rozdzieliłyśmy dwa materace i każda spała osobno na swoim. Nocleg około 400 zł za dobę. Śniadanie na 10 piętrze z widokiem na miasto, około 100 koron – jak wyżej europejskie. Zupełnie wystarczające. Miła obsługa i mini sklepik przy recepcji. Dostępna gorąca woda – 10 koron.
Bilety:
Osoby niepełnosprawne, w Kopenhadze mając stosowną legitymację, do muzeów głównie państwowych wchodzą za darmo. W Malmo , w zamku – nie jest ona akceptowana.
Paragony grozy??
Kopenhaga
napoje , jedzenie:
kawa / glog od 40-50 koron na jarmarkach, sklep:woda około 30 koron butelka 1,5 l., soki od 30 koron, alkohol od 100 koron wzwyż (0,5 l.) po około 140 litrowe butelki (na promocji na lotnisku). Chleb razowy od 10 koron, ser około 0,5 kg ok 200 koron, ciasteczka od 29 koron w zależności od typu i wielkości.
W jednej z knajp: pizza 130 koron, carbonara 120 koron, frytki 75 koron, burgery – 120, grilowany tuńczyk 150 koron, kanapka z tuńczykiem 120 koron, sałatki od 90 koron, tosty 75 koron, piwo od 60 koron, lekkie drinki od 45 koron, soki owocowe – 60 koron,
Malmo – ceny podobne.
