– O początkach miast tworzą się zwykle legendy i określenie personalnie kto miał największe zasługi dla powstania Katowic jest bardzo trudne, gdyż działają zawsze różne czynniki a także sploty okoliczności- zastanawia się Czesław Rymer, syn pierwszego wojewody śląskiego Józefa Rymera.
Był rok 1598. Ksiądz Kazimierski, wizytujący kościół w Bogucicach, dla pewności jeszcze raz głośno przeczytał swą notatkę w protokole o dochodach i wyposażeniu kolegiaty. Powoli, z uwagą wymawiał „Ad parochiam pertinent villae Boguczycze, Załęże et nova villa Katowicze”. Zapewne nie wiedział, że po raz pierwszy wzmiankuje dzisiejsze Katowice.
Osada składała się tylko z folwarku. Zagrodników było czterech: Krawiec, Martinek, Gajda, Aleksander. Za sąsiadów mieli dwóch chałupników: Botka i Poliwkę. Legenda mówi, że nazwę swą wzięły Katowice od nazwiska, jednego z kuźników bogucickich: „Kata” lub „Kota”.
Przez prawie dwa wieki dobra przechodziły z rąk do rąk. Wreszcie, w 1838 roku kupuje je od Mieroszewskich Franciszek Winckler. Obok istniejących już w pobliżu zakładów jak: kopalnia „Ferdynand” z 1823 roku, huta Marta (1824), Baildon (1825), Winckler zaczyna budować swe przemysłowe imperium.

Katowice dziś
„Nie chca miasta”
Kiedy umiera w 1851 roku, majątkiem zarządza jego zięć Fryderyk Tiele, który po żonie Walesce dołączył sobie do nazwiska Winckler. Dobrym znajomym Tiele-Wincklera jest Wilhelm Grundmann. Właśnie z nim i jego zięciem Richardem Holtze podejmuje się ciężkiego zadania: zrobienia ze wsi Katowicze miasta. Warunki były doskonale. Tym bardziej, że sieć kolejowa biegnie przez wieś do Wrocławia i Mysłowic już od 1847 roku a od 1859 do Warszawy.
W 1865 roku rada wsi Katowice, składająca się z Polaków, głosowała „nie chca!”. – Aby rozwiązać spór, Grundmann zwrócił się o pomoc do rządu niemieckiego w Berlinie. Król pruski rozwiązał polską radę gminną, nadając jednocześnie przywilej lokacyjny dla miasta Kattowitz. Przewodniczącym rady miejskiej został dr Holtze. Oni zniszczyli polską wieś i zbudowali niemieckie miasto – śmieje się Andrzej Rożanowicz, którego ojciec Stanisław, był powstańcem i działaczem narodowym na Górnym Śląsku od 1904 roku. Dzięki tej „trójcy” Katowice stają się jak na ówczesne czasy miastem nowoczesnym. W 1887 mają już sieć wodociągową i kanalizacyjną. 12 lat potem jest gazownia. Na jego obrzeżach powstają kolejne kopalnie np. Wujek w 1899 roku. Przemysłowcy jak Georg von Giesche budują dla swych pracowników domy tzw. familoki.
– Katowice kształtują w tamtym okresie trzy społeczności. Polacy związani z gospodarstwami. Nieliczna kultura żydowska. I społeczność ewangelicka, w większości ludzie dobrze wykształceni, a ściągani tu przez właścicieli fabryk i kopalni. Pochodzą z Wiednia, Raciborza, Opola. Wszyscy z sobą dobrze współżyją, choć każdy jest świadomy swojej odrębności kulturowej – tłumaczy biskup Tadeusz Szurman z Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, przy ulicy Warszawskiej w Katowicach. Właśnie ten neoromański kościół pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego powstał jako pierwszy, w 1858 roku. Przebudowany był potem dwukrotnie: wszystko dlatego, że ciągle przybywało wiernych. Gdy Katowice stają się miastem, mieszka w nim 888 ewangelików, by w 1910 roku liczyć 16-18 tysięcy. Do II wojny światowej nabożeństwa ewangelickie odprawiane były w języku polskim i niemieckim.

Katolicy nie pozostają gorsi. Ich kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny przy ulicy Mariackiej powstał w latach 1861-70. W tym czasie kler organizuje wiele stowarzyszeń kulturalno-oświatowych i zawodowych, jak na przykład „Kółko Katolickie”. Trwa bowiem silna germanizacja, a te organizacje stanowią bastion polskości.
Trzecim katowickim wyznaniem jest judaizm. Tutejsi Żydzi w XIX wieku chodzili do synagogi w Mysłowicach, również na tamtejszym cmentarzu byli chowani. Jednak ludność żydowska szybko wzrastała, by w 1855 roku liczyć już 105 osób. Stąd starania o stworzenie własnej gminy i synagogi. Powstały one siedem lat później. Świątynia mieściła się na rogu dzisiejszych ulic: 3 Maja i Słowackiego. 40 lat później do gminy należało już 1600 osób – na 31.205 katowickich dusz.
– Tutejsi Żydzi byli zeuropeizowani i w większości zdeklarowanymi Niemcami – wspomina Andrzej Rożanowicz. U progu wieku XX powstaje nowa synagoga przy dzisiejszej ulicy Mickiewicza, po której nie ma śladu. – Bożnica była duża, w stylu mauretańskim. Stała naprzeciwko obecnego gimnazjum Mickiewicza, którego rozeta jest wzorowana rozecie z tej świątyni – dodaje Rożanowicz. –
Niedaleko kościołów lokowane były cmentarze, powstające zaraz po usytuowaniu się kolegiat. Na katolickim, przy ulicy Emmastrasse (dziś Francuska) jest już grób Kazimierza Skiby – ostatniego polskiego sołtysa wsi Katowice. Natomiast na dawnym ewangelickim miejscu wiecznego spoczynku przy Letochastrasse (dzisiejszej ulicy Damrota) spoczywa od 1887 Friedrich Grundmann oraz zmarły cztery lata później Richard Holtze. Na grobie tego ostatniego wyryto: „Założycielowi i największemu obywatelowi radcy doktorowi Ryszardowi Holtze (…) wdzięczne miasto Katowice”.
– Pod koniec XIX wieku tj. od czasu powstania cmentarzy katolickiego i ewangelickiego przy ulicy Francuskiej cmentarz przy ulicy Damrota ulegał zapomnieniu tak dalece, że dzisiaj nie ma po nim prawie śladu – mówi Czesław Rymer.
Z kolei na cmentarzu żydowskim, na rogu dzisiejszych ulic Kozielskiej i Nad Osiekiem, w 1890 powstał neogotycki dom pogrzebowy.
Jak Kościuszko Rymera uratował
Na początku XX wieku w Katowicach neorenesans niemiecki mieszał się z neogotykiem, klasycyzm z secesją. Przy dzisiejszej Kościuszki była jedna z wielu w Katowicach restauracyjka ogrodowa „Tivoli”. – W rynku była „Kawiarnia Wiedeńska”, której właścicielem był pan Liczbiński, a jego wnukiem był Konrad Swinarski, późniejszy sławny polski reżyser. – wspomina Czesław Rymer. W rynku stał sklep pełen zabawek. W śródmiejskich kamienicach mieszkały między innymi polskie rodziny: Rymerowie, Widerowie, Kościelniakowie, Czapliccy, Kowalczykowie, Buchnerowie, Midnerowie. W 1920 roku mieszkało w Katowicach 48 431 osób. Ze względu na podział Śląska, liczba protestantów w Katowicach zmalała do 6 tysięcy.

– W rynku, wzdłuż dzisiejszej Al. Korfantego, było rozlewisko Rawy. Nie ma już ulicy Skośnej, biegnącej od rynku do Mickiewicza. Natomiast Ratusz był przy ulicy Pocztowej. Na miejscu dzisiejszej katedry było zapadlisko wypełnione wodą, gdzie topiono, lub wrzucano nieżywe psy…. – opowiada urodzony w 1916 Czesław Rymer, mimo zaawansowanego wieku, bardzo energiczny mężczyzna.
Rozmawiając z panem Rymerem w jego katowickim mieszkaniu, kątem oka spoglądam na reprint aktu powrotu Śląska do Polski – dzieło Stanisława Ligonia. Jednym z większych podpisów usytuowanych najwyżej jest autograf Józefa Rymera. Jego syn tak wspomina okres plebiscytu:- Był to czas wiecowania i walki o zdobycie głosów. Miasto było oblepione ogłoszeniami, plakatami. Niemcy, mając na myśli Polaków pisali np.: „najgłupsze cielęta same idą do rzeźni”. My natomiast, że „biedny, polski robotnik musi na plecach dźwigać tłustych prusaków”. Mój już nieżyjący, najstarszy brat Stefan, z kolegami, rozlepiał na szybach sklepów i murach ulotki wielkości dłoni z polskimi hasłami. – .
Kiedy do Katowic przyszła Polska prezydentem miasta został dr Alfons Górnik. Józefa Rymera Józef Piłsudski mianował wojewodą. Doszło nawet do zamachu na jego życie. Uratowało go… obniżenie podłogi. – Pomieszczenie, w którym Ojciec pracował, miało podłogę poniżej poziomu chodnika. Zamachowiec strzelający z karabinu mierzył prawdopodobnie w głowę, ale ponieważ ojciec siedział niżej, kula trafiła w portret Tadeusza Kościuszki – wspomina jego syn, a z portretu na ścianie spogląda wojewoda śląski.
Najbardziej rozwinęło się miasto w l. 1922-39. W mieście znikały ślady niemieckie. Na przykład ulica poświęcona Grundmannowi stała się 3 Maja, Holtzego – Mariacką. W 1924 do Katowic włączono przyległe wsie: Bogucice, Byrnów, Dąb, Ligota, Roździeń, Załęże i Zawodzie.
– Powstał monumentalny budynek Urzędu Wojewódzkiego, Syndykat Hut Żelaza, kuria biskupia, kościół garnizonowy i rozpoczęto budowę katedry, wille przy ulicach Zajączka, i zabudowa ulic: Poniatowskiego i Curie – Skłodowskiej. Powstał budynek ZUS-u, nowy Magistrat w centrum i wille przy parku Kościuszki – wspomina Rożanowicz.- Przy ulicy Zamkowej stały jeszcze spichlerze na zboże, stajnie obory, kuźnie i warsztaty dworskie, dworek administratora a dalej zarządcy dóbr Wincklera. Na miejscu obecnej dzielnicy Koszutka były pola. Pamiętam, też obok stacji PKP w Ligocie był las. Przy drodze do Piotrowic i Panewnik stała karczma. Jak dziś pamiętam ten szyld: „Najlepsze piwo i kiełbasa u Bijasa”.

Praktycznie przez cale XX-lecie nie ma konfliktów narodowościowych i religijnych. W kościele Mariackim na przykład funkcje kościelnych pełnili razem Niemiec Steindor i Polak Grządziel. Dużo w tym zasługi w przestrzeganiu konwencji genewskiej na podzielonym Śląsku. Niestety wygasła ona w 1937 roku. Konsekwencje były od razu widoczne. Narastał konflikt narodowościowy także wśród ewangelików, sprowadzonych tu z Polski centralnej czy z Zaolzia.
W tym czasie gmina żydowska, ze względu na majątek i dużą liczbę członków była najważniejsza na całym Śląsku. Liczyły się z nią władze wojewódzkie, za każdym razem konsultując decyzje o działaniu w jej obrębie. W 1926 roku mieszkało w Katowicach 3112 wyznawców judaizmu. Siedem lat później 5760. W tym czasie powstała w Katowicach spółdzielnia pomagająca drobnym żydowskim kupcom, handlarzom i rzemieślnikom. Do firm należących wtedy do Izraelitów warto wymienić: katowicką wytwórnię makaronu: „Salo Imbach”, przedsiębiorstwo budowlane Hugo Grunfelda, Georga i Hermana Scholsschy`ch. Oprócz handlu Żydzi zajmowali się medycyną oraz rzemiosłem.
Ksiądz-koneser i ksiądz-dusigrosz
Nie brakowało miastu w tym czasie fascynujących osobowości. Na przykład Franciszek Ścigała, proboszcz parafii w Bogucicach– Był typowym wiejskim proboszczem – wspomina Rożanowicz. – Chodził w długim surducie. Spodnie miał czarne wpuszczane do czarnych saperek. W ręce trzymał laskę. Napominał nią swawolącą młodzież. Poza tym należał do katowickiego Bractwa Kurkowego. Chodził w ich mundurze galowym. Brał udział w toczących się w parku Kościuszki zawodach o tytuł „króla kurkowego”. Drugim znanym proboszczem był dr Emil Szramek z kościoła Mariackiego. Był on wielkim koneserem sztuki. Zbierał obrazy. Jego biblioteka także była imponująca. Sam pisał rozprawy socjologiczne na temat polskości Śląska. Natomiast proboszcz z parafii Piotra i Pawła ks. prałat Mateja zwany był „Dusigroszem”. Pamiętam jeszcze przedwojennego rabina, który nazywał się dr. Kalaman Chamajdes. Mieszkał na ulicy Dyrekcyjnej pod 10. Był bardzo wykształconym człowiekiem. Pochodził z greckich Żydów. Chodził ubrany po europejsku w czarnym płaszczu i spodniach. Waśni religijnych w międzywojennych Katowicach nie pamiętam.
Wielką manifestacją przeciwko władzy był pogrzeb Wojciecha Korfantego, znanego poza Śląskiem polityka, między innymi przywódcy III powstania śląskiego. Zmarł w sierpniu 1939 roku.– Po śmierci Wojciecha Korfantego znalazłem się w towarzystwie, w którym był także syn W. Korfantego – Zbigniew, jego szwagier dr med. Golus oraz kilka innych osób. Dr Golus powiedział, że z oględzin zwłok wyglądało, że W. Korfanty został otruty. W. Korfanty był politykiem europejskiego formatu. – wspomina Czesław Rymer.
Korfanty, podobnie jak Rymer ma grób na cmentarzu katolickim przy ulicy Francuskiej. Zresztą tam też jest jeden z niewielu grobów niemieckich: Thomasa Szczeponika, (z 1927), posła Sejmu Śląskiego, twórcy Deutsche Katholische Volkspartei.
We wrześniu 1939 r. powinna była zacząć się „złota polska jesień”. Jednak nikt wtedy nie patrzył na złocące się drzewa, ale ze strachem obserwował, co się dzieje. Wjeżdżających do miasta od strony parku Kościuszki na wierzy spadochronowej, hitlerowców, „witały” z karabinami śląskie harcerki. Niestety wszystkie zginęły. Na dachu „Kina Zorza” czekali już powstańcy i harcerze.
– Pamiętam, w pierwszy wtorek lub środę września, do miasta wjechały z Bytomia i Zabrza i innych miast autobusy i samochody ciężarowe, rozkrzyczanej młodzieży hitlerowskiej Krzyczeli w języku niemieckim: „wywiesić flagi”. Biegali po wszystkich mieszkaniach , wręczając flagi przymuszali do wywieszenia ich, a niejednokrotnie sami je wywieszali. W jeden dzień Katowice stały się czerwono-czarno-białe. Młodzież była bardzo agresywna. Od pierwszego dnia wkroczenia Niemców zapanował nieopisany terror. Rozstrzeliwano Polaków bez sądu na przykład przed Teatrem na rynku w Katowicach – wspomina Czesław Rymer.
Andrzej Rożanowicz dodaje:- W czasie wojny Niemcy nie chcieli, aby na parafiach byli szanowani i zaangażowani w walkę o polskość Śląska proboszczowie. Kazali im opuścić fary. Ksiądz Ścigała nie chciał tego zrobić. Zginął w Mauthausen. Gdy Niemcy zaaresztowali ks. Szramka, niemieccy katolicy udali się na Gestapo. Byli to: dr Klar – okulista, fabrykant Wyk i kupiec Świętek. Niestety, nic nie udało się zrobić. W czasie wojny Niemcy mordowali katolików i protestantów, wszystkich, którzy byli przeciwko Hitlerowi. Żydów uważali za podludzi. Wymordowano ich w gettcie będzińskim. Ocaleli tylko ci, którzy jeszcze przed wybuchem wojny wyjechali na Zachód lub zdążyli uciec na Wschód. Wróciło niewielu, ale za to na wysokie stanowiska.
Przed wojną Władze okupacyjne zdecydowały o „oczyszczeniu” 30 kilometrów pasa granicznego z Żydów, czyli – „elementów szkodzących interesom państwa”. W mieście mieszkało wtedy ich wtedy jeszcze 12 tysięcy. – Również zaczął przenikać agresywny antysemityzm nie znany dotąd w Katowicach. Niestety i Polacy znaleźli się wśród aktywnych antysemitów. Pamiętam hałaśliwe grupy umundurowanej Młodzieży Wszechpolskiej. Byli oni sterowani przez pana Rulczyńskiego, znanego działacza S.N w Katowicach.
Od 3 czerwca 1940 roku nabożeństwa w kościołach katolickich musiały być w po łacinie. Wszędzie, nawet na przydrożnych kapliczkach i kościelnych witrażach język polski zastępowano niemieckim. Polskiego używano jedynie podczas ślubów, chrztów oraz na zebraniach kościelnych. W tym samym roku przestał wychodzić „Gość Niedzielny”.
– Niektórzy farorze niemieccy pomagali Polokom. Na przykład Ksiądz Pniok nabożeństwa odprawiał po niemiecku, ale spowiadał po polsku. Po wysiedleniu biskupów władze niemieckie przejęły budynki za Katedrą. Kurie zamienili na Krajowy Urząd Pracy tzw. „ Landesarbeitsamt”. Kuria przeniosła się na róg Bankowej i Warszawskiej, do dawnej willi Grundmanna. Administratorem diecezji był ksiądz Wosnitza. To był Niemiec – opowiada Rożanowicz.
– Wojna była podwójnie tragiczna dla nas, ewangelików, ponieważ byliśmy traktowani przez Polaków jako Niemcy. Z kolei hitlerowcy nie wiedzieli, za kogo nas uważać. W efekcie 30 procent ewangelickiego duchowieństwa zginęło, a wielu ewangelików oddało życie w obozach koncentracyjnych, a tuż po wojnie w obozach pracy w np. Łambinowicach, Jaworznie, Świętochłowicach i Mysłowicach – uważa bp. Szurman.
Wojenna zawierucha skończyła się 27 stycznia 1945 roku, wkroczeniem do Katowic wojsk radzieckich. Generał Zawadzki został pełnomocnikiem rządu, Jerzy Ziętek – wojewodą śląskim. W lutym prezydentem Katowic jest inż. Józef Wesoła. Rosjanie „uratowali” Polaków, więc dlaczego nie utworzyć Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej? Takowe powstało już w kwietniu 1945.
Tymczasem ewangelikom zostają odebrane kościoły i szkoły, choć sama eparchia w Katowicach liczy w 1945 roku 2000 członków – Wielu naszych parafian zostało zmuszonych do opuszczenia Katowic i zamieszkania w Niemczech. Dlatego we wszystkich kościołach ewangelickich diecezji katowickiej od zakończenia wojny aż do dzisiaj, nabożeństwa odbywają się w języku polskim. Nie ma potrzeby, w odróżnieniu od kościoła katolickiego, do odprawiania nabożeństw w języku niemieckim – opowiada biskup Szurman.
W latach 1945-1947 roku katedra przy ulicy Warszawskiej trafia w ręce katolików. – Nosiła nazwę św. Boboli. Ksiądz prof. Szeruda walczył o jej odzyskanie. W rezultacie za ewangelicki kościół w Katowicach cztery inne zostały nam odebrane: w Hołodunowie, Siemianowicach, Żorach i Bytomiu – smutno mówi biskup.

Ks. Henryk Zganiacz odpowiada:- Trudno mi powiedzieć, dlaczego tak było. Bp Szurman dodaje: – Dzisiaj we wszystkich tych miejscowościach, gdzie były nasze świątynie, ewangelicy mają swe kościoły.
Niestety, w Katowicach nie ma po wojnie Żydów – Nie było w Katowicach także gminy żydowskiej. Istniały natomiast kongregacje wyznania mojżeszowego, zajmujące się sprawami religijnymi. Po wojnie życiem kulturalnym zajmuje się Towarzystwo Społeczno Kulturalne Żydów. Kiedyś były tam kółka malarskie, taneczne – tłumaczy Włodzimierz Kac, szef katowickiej Gminy Żydowskiej.
W latach powojennych i trzecia wiara była prześladowana przez władzę. – Na przełomie lat 47/48 w szkole im gen. Maczka na ulicy Katowickiej, toczyła się walka o krzyże. Przyszedł z „góry” nakaz, aby krucyfiksy przewiesić ze ściany głównej na boczną. Jako uczniowie, stanęliśmy w obronie krzyża. Po lekcjach przewieszaliśmy je powrotem. Jednego dnia przyszliśmy do szkoły i… trafiliśmy na przesłuchanie. Kilka kolejnych dni przesiedzieliśmy w siedzibie UB na Powstańców. W naszej obronie został wydany list pasterski. W „Trybunie Robotniczej” ukazał się potem artykuł o tytule: „Co zdziałały wrogie podszepty księdza katechety”. Macki ubowskie były wszędzie. Sprawdzano, kto chodzi do kościoła. Koło Katedry ks. Franciszek Blachnicki prowadził ruch abstynencji. Szybko jednak został aresztowany- wspomina ks. Zganiacz.
Witajcie w Stalinogrodzie
W marcu 1953 roku Katowice nazwano Stalinogrodem. Rok wcześniej biskupów śląskich zmuszono do opuszczenia kurii. Formalną przyczyną wydalenia była „Akcja krzyże”. Miejsce księdza Herberta Bednorza zajął posłuszny władzom ksiądz Jan Piskorz.
– Pod koniec 1956 roku biskupi wrócili do Katowic. Piskorz odszedł. Ale od 1956 roku lekcje katechezy w szkołach stopniowo były likwidowane. Nadal były konflikty między nami a władzą, tym razem na tle budowy kościołów. Nie wydawano żadnych zezwoleń. Zmieniło się to dopiero, jak do władzy doszedł Gierek. Ale dalej była inwigilacja kościoła pod względem administracyjnym. Kościół musiał prowadzić księgi rachunkowe, inwentaryzacyjne, które podlegały kontroli. Jeśli duchowny nie spodobał się władzy, wyszukiwano „haczyk” nawet sprzed kilkunastu lat – tłumaczy ksiądz Henryk Zganiacz.
Pierwotny cmentarz ewangelicki został zrównany z ziemią w latach 60. Chociaż jak twierdzą niektórzy z moich rozmówców samo miejsce wiecznego spoczynku istotnie było zaniedbane. Szczątków nie przeniesiono.
– Ustaliliśmy, że cmentarza nie będziemy odtwarzać. Jest tylko obelisk upamiętniający pochowane osoby. Nie ma na nim imion i nazwisk, bo tego nie przyjęła rada miejska Katowic. Wiec jesteśmy miastem gdzie nadal trudno nam zaakceptować, że może być coś wielonarodowościowego, wieloreligijnego. – zauważaks. Tadeusz Szymura.
Bardziej uważny spacerowicz na katowickim cmentarzu z pewnością zauważy tam groby Zimmermannów, Briegerów, Scholtzów, Wagnerów. A niemal obok – Wilhelm Szewczyk, Edward Kozikowski, pierwszy rektor Uniwersytetu Śląskiego Kazimierz Popiołek, twórca naszego lotnictwa Michał Scipio del Campo. Ksiądz Szymura w swej książce o parafii wyróżnia także grób hrabiny Małgorzaty Potockiej, przemysłowca Carla Mauwe i fundatorów kaplicy cmentarnej rodzinę Knoblochów.
Rok 1968. – Wtedy większość moich szkolnych kolegów i koleżanek wyjechała, na przykład do Izraela, Skandynawii, Dani, Niemiec, Francji – wspomina Włodzimierz Kac, szef Gminy Żydowskiej w Katowicach.
Rok 1982. – Za przykładem księdza Popiełuszki odprawialiśmy każdego 16. mszę za Ojczyznę. Brali w nich udział aktorzy, czytający pismo święte. Znowu zainteresowała się nami władza. Regularnie przed każdą mszą świętą przychodził pan, który bardzo kulturalnie ze mną rozmawiał o sensie czynnego uczestnictwa ludzi świeckich w odprawianiu mszy – wspomina ks. Zganiacz.
Rok 1988. – Górnicy górniczy po mszy w Katedrze zostali zaatakowani przez ZOMO. Wszystko dlatego, że na ulicy Plebiscytowej chcieli zademonstrować swe poglądy. Nastąpiła łapanka. Związkowcy schronili się w Katedrze. Od razu założyli komitet strajkowy, na czele ze Słomką. Z probostwa powiadomili media. Dlatego już wieczorem „Wolna Europa” podała, co się stało. Strajkujący zdecydowali się na głodówkę. W ministerstwie górnictwa zaczęliśmy w ich imieniu pertraktować –mówi ks. Zganiacz.
Ilu nas zostało
We współczesnych Katowicach mniejszości religijne są prawie nieobecne. – Gmina żydowska w latach 90. na nowo narodziła się w miejsce kongregacji. Obejmuje swoim zasięgiem województwo śląskie, świętokrzyskie i część małopolskiego. Na podstawie ustawy z 1997 roku zawartej między władzą a gminami żydowskimi, gminy reprezentują ludność wyznania mojżeszowego. Dziś w katowickiej gminie skupionych jest około 250 osób. W samych Katowicach mieszka około 50-100 Żydów. – mówi Kac. W roku 1989 w odsłonięto obelisk w miejscu dawnej synagogi. Pomnik mają też pomordowani katowiccy Żydzi.
Gmina sama się finansuje. – Pieniądze na bieżące wydatki pochodzą przede wszystkim z czynszów z naszej jedynej kamienicy, którą dostaliśmy budynek zamian za budynek przy ul. Mickiewicza oraz za szpital żydowski w Będzinie. Brakuje pieniędzy na utrzymanie cmentarzy, które otrzymujemy od państwa. Tylko w samych Katowicach mamy we władaniu kirkut na ul. Kozielskiej.
Na Kozielskiej tablice wrośnięte są w mur, dzielący cmentarz na dwie części, starą i nową. Mijam wysokie nawet pięciometrowe macewy, każda jest opisana w języku niemieckim lub hebrajskim. Czasem w obu. Mijam marmurowe, piaskowe, bazaltowe i granitowe pomniki. Groby pozornie są zapomniane, choć na kilku widać kamyki. To znak, że ktoś jednak pamięta.
Ewangelików jest dziś w Katowicach około 1200. Od 1993 roku kościół ewangelicki przy ulicy Warszawskiej jest odnawiany. Podczas remontu odnaleziono w nim Biblię Brzeską z 1564 roku, świadczącą o obecności na tym terenie ewangelików. – Od czasu odzyskania demokracji w parafii pojawiają się i dawni wierni, którzy powracają jakby z „wewnętrznej emigracji”- mówi biskup Szurman, a na jego twarzy pojawia się delikatny uśmiech.
Alicja Badetko
To jeden z moich ciekawszych reportaży opublikowany przed laty w miesięczniku Społeczno-Kulturalnym „Śląsk”.
