-Płatność tylko kartą. Przykro nam, a musimy się tłumaczyć turystom. My akceptujemy Visę – mówi starszy pan w Muzeum Philipsa w Eindhoven. Jak się wkrótce okaże, nie wszędzie możemy zapłacić tą kartą kredytową*.
Rodzina Philips jest nierozerwalnie związana z Eindhoven. Początki firmy to rok 1890. Friederik i Gerard założyli przedsiębiorstwo produkujące żarówki elektryczne. Jak pisze na stronie firmy: „w 1914 roku otwarto pierwsze laboratorium badawcze firmy Philips — znane jako <<Philips Nat Lab>>”. Z czasem asortyment rozrósł się.












W 1939 roku wymyślili golarkę, a jej sprzedaż wynosiła nawet 700 sztuk…dziennie. Kilka lat potem, kiedy opadł wojenny kurz inwestowali w rozwój radia i telewizji. Oprócz tego w latach 60. ubiegłego stulecia wymyślili kasetę magnetofonową, kolejno płytę CD. Odegrali także ogromną rolę w rozwoju sprzętów medycznych – od aparatów do RTG po TK.


















Poza tym mikrofony, kamery i dyktafony dla mediów, taśmy do nagrywania, płyty CD, sprzęt AGD. Wydawali w l.50 swój kalendarz. Philips jest po dziś dzień patronem drużyny PSV Eindhoven. Początkowo jednym z elementów logo zespołu był znak rozpoznawczy fabryki.








Samo muzeum jest ciekawe, częściowo interaktywne. Nie zanudza historią, a poznajemy ją przez krótkie opisy, dużą ilość zdjęć oraz sprzętów. Stojąc przed ledową tablicą sprawdzimy np. ciepłotę swojego ciała.
Wygrał niedźwiedź polarny
Hasło „parada kwiatów”, dla większości biur podróży i naszych rodaków, kojarzy się z Lisse i ogrodem Keukenhof. A tu, niedaleko Zundert (gdzie urodził się i szybko umarł brat Vincenta van Gogha także Vincent), mamy przejazd wielkich, ruchomych platform kwiatowych. Z tą jednak różnicą, że głównym materiałem są dalie. Na każdej z nich jest maksymalnie pół miliona łebków kolorowego kwiecia, powbijanego do szkieletu przez środki gwózdkami.


















Wczoraj była parada platform przez miasto. Dziś, za 6 euro od osoby, mogliśmy zobaczyć je z bliska na wielkim placu. Platformy maksymalnie mogły mieć 15 m wysokości. Wszyscy pracujący przy nich to wolontariusze. Każda z ekip miała swoje stroje, kolorowe koszulki a nawet gęś Pipę.
Kolorowe kaczki, rewolucjoniści francuscy, ludy z krainy lodu, postaci świata dzisiejszego lub wymyślonego….Każde ze stanowisk prezentowało mini happening.




W Zundert, typowym holenderskim miasteczku, punktem centralnym jest siedziba urzędników tzw. Standhuis. Po drugiej stronie w rządku kamieniczek odbudowano dom, w którym urodził się twórca: „Słoneczników”. A na pobliskim cmentarzu jest płyta nagrobna jego brata, także Vincenta. Sam cmentarz ma jeszcze inną ciekawostkę – groby żołnierzy, chyba brytyjskich.














– Zostali prawdopodobnie zestrzeleni przez Niemców kilka mil stąd. Ale tam nie było gdzie ich pochować, dlatego są tutaj – tłumaczy szczupły pan o gołębio siwych włosach i „lenonkach” na nosie. Chłopaki mieli po 19-24 lata… Na prawie każdym pomniku znajduje się adnotacja, że są daleko od domu, ale na zawsze w sercach ojców i matek.
Holenderski krzyżak
Kolejnego dnia pojechaliśmy do Gemert. Z przystanku linii 322 do centrum idziemy miedzy niską zabudową domków jednorodzinnych. Porządek w obejściach. Nieszeroka droga prowadzi nas do zielnika: 3 hektarowego ogrodu, w którym zioła i warzywa hodują mieszkańcy.






Podłużny rynek w miasteczku z jednej strony ogranicza rząd kamieniczek z knajpami, a en face jest zamek. Niestety zamknięty. Jego historia sięga 15 wieku i wierząc informacjom na bramie, to jego właściciel oddał swe dobra Krzyżakom. Zatem to taki holenderski Malbork
.




Wychodzimy bramą zamkową od ruin do kościoła. Akurat kończy się pogrzeb, obsługiwany przez firmę prowadzoną przez same kobiety. Nadzorują one każdy ruch rodziny i karawanu.
Strzelisty gotyk![]()
Kościół zbudowano w 15 wieku w stylu gotyckim a 300 lat później przebudowano na neogotyk. Jest typowy. Wysoki, tajemniczy. Ma charakterystyczne żebrowe sklepienia. Kolorowe witraże przepuszczają światło, które bezkarnie bawi się z nami w chowanego. Taki właśnie jest ten budynek: klimatyczny, dostojny acz odnowiony.










Stary cmentarz utrzymany jest w ascetycznym porządku. Ziemia między różnorodnymi stylowo grobami ( kamienny krzyż, typowy pomnik itp.) , np. z 1940 roku a nawet wcześniejszymi, jest zagrabiona. Każdy nasz krok , to odciśnięty ślad i zapis ciekawości. Punktem oddzielającym jego starą i nową część jest często spotykana tu kopuła usypana z ziemi, z tzw. Bożą Męką, a poniżej pietą przedstawiającą Matkę Boską i trzymającą na kolanach umarłego Jezusa.







Za nim znaleźliśmy grób holenderskiego artysty
Jana van Gemert’a.

Ponad godzinę później uraczeni colą i niemieckim, półlitrowym piwem Weichenstephan jedziemy do Helmond.

Domy drzewa i naleśnik po polsku
Mieszka tu sporo Polaków. Dwóch z nich, raczej nie wyglądających na pracowników biurowych kłóciło się z tutejszą policją z powodu picia alkoholu w miejscu publicznym. Ktoś wezwał stróżów prawa. Niestety łatwo nas rozpoznać po fizjonomii. Puszka „Żubra” pod ławką dopełniła identyfikacji. Ze wstydem ich mijamy.
Ale przyjechaliśmy tu też dlatego, że najlepsze naleśniki robi Marcin w swej pierogarni na rynku. Polecamy, szczególnie z sosem koperkowo – czosnkowym.
– Wakacje w Holandii? – stwierdza nasz znajomy, podając obiad. Niestety zamieniamy tylko kilka zdań, bo chłopak przyjmuje zamówienie za zamówieniem. – Może uda się na chwilkę podejść, chociaż teraz jestem na kuchni sam.
Do ciekawostek miasteczka zalicza się tzw. domy – drzewa, domy kostki tzw. Kubusie. Zbudowane w latach 70 najpierw tu, a kiedy pomysł się sprawdził , to kolejno w Rotterdamie. Ich architektem był P. Blum. W Helmond między nimi był kiedyś teatr, ale się spalił. Klimatu miasteczka dopełnia kilka tu klimatycznych zaułków:)










Robimy renowację
– Normalnie kościół jest zamknięty i ludzie patrzą przez główne drzwi. Mamy tu zajęcia ze studentami z Wielkiej Brytanii. Jedną część kościoła już zrobiliśmy. Teraz została ta strona mówi z dumą -tłumaczy nam blondyn po 50.tce, który wyszedł do nas z zamiarem szybkiego poproszenia o opuszczenie świątyni. Pozwolił nam porobić zdjęcia i zachwycać się tym obiektem.














– Najpierw zbudowano kościół. Potem dobudowywano kolejne części, a potem kościół spłonął. W 19 stuleciu go odbudowano w stylu neogotyku – tłumaczył. – My prowadzimy renowację do wysokości 6 metrów, bo to są studenci. Prace są na przynajmniej 10 lat.
Cichutko opuszczamy kościół, a drugi z opiekunów wychodzi za nami i zamyka drzwi zakrystii na klucz.
Grzegorz tu był
W ramach biletu po regionie zajechaliśmy do niewielkich miasteczek w Belgii: Lommel, i holenderskich: Luykgestel oraz Bergeijk. Pierwsze oferowało nam muzeum i mini hutę szkła. – Pracuje tu 3 naszych kolegów, a dodatkowo mamy pracownika zza granicy. Teraz jest dziewczyną z Chin, był z Polski Gsze…, Gre… – tłumaczy sprzedająca bilety kobieta.
– Grzegorz…
–Tak, fajny człowiek. Pracownicy przyjeżdżają na 3 miesiące popracować u nas. Mieszkają tu. W ciągu dnia mają przerwę na lunch. – dopowiada.
Wprowadza nas do pomieszczenia , gdzie przez szybę podglądamy produkcję szklanych wyrobów artystycznych. Językiem rysunków o poznajemy etapy tworzenia małych dzieł. Romek wchodzi na 30 metrową wieżę widokową w kształcie ostrosłupa, skąd rozpościera się widok na okolicę. Udało nam się natomiast kupić lokalne: likier i nalewkę. Były i nawet w kilku sztukach.














Zerkamy jeszcze do neogotyckiego kościoła św.Piotra. Piękne miejsce lecz coś nas zaniepokoiło, mianowicie linie na ścianach. Hmm… nie są to cegły, ani kafelki, ale…namalowane linie imitujące cegły…
Wyspiarski mandat
Pierwszy mandat w Holandii wyniósł mnie 40 euro!!! Wszystko przez otwarcie drzwi ewakuacyjnych w Muzeum Morskim w Den Helder. Serio. Zaczęły wyć syreny alarmowe, migać światełka. Wkurzona pracownica wyszła. Na nic tłumaczenia, że nie muszę znać holenderskiego, że przepraszam itp. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia błękitnej karteczki z białym druczkiem po angielsku, niemiecku, z informacją o zakazie otwarcia.
– Przykro mi, potem my musimy płacić straży pożarnej…
Trzeba jednak przyznać, że muzeum robi wrażenie. Znalazło się tam wszystko , co związane jest z morzem, statkami, ratownictwem morskim i oceanicznym. Kutry, łodzie SAR, sprzęt do łączności, historia marynistyki niderlandzkiej. Ciekawą rzeczą była tuba, w której w ciągu kilkunastu sekund zmieniała się siła wiatru podczas sztormu. W innej sali oglądaliśmy kształty latarni na holenderskim wybrzeżu. Natomiast piorunujące wrażenie dla mnie, jako osoby z lękiem pływania łodziami, była wirtualna rzeczywistość… Siedząc w goglach na „koziołku” uczestniczyliśmy w akcji ratowniczej na pełnym morzu… .
Zwiedzanie kolejnych dwóch statków i łodzi podwodnej nie było już tak atrakcyjne. Chociaż ta ostatnia w środku jest bardzo wąska, dając wrażenie wręcz klaustrofobiczne. Każdy ma tu swoje miejsce. I kapitan podający decyzję o wystrzale ładunku, i kucharz, i planista, wreszcie jest miejsce do spania, toalety.













„płynie mój okręt wzburzonym morzem
brzegu nie widać , wiatr w żagle wieje…”
Ale poza tym przepływ wielkim promem z Den Helder do wyspy Textel robi niesamowite wrażenie mimo, że trwa kilkanaście minut, a prędkość promu to mniej więcej 27 km/h. Niezwykłe jak tak duży pojazd porusza się tak szybko. Promy płyną co 30 minut, a późnym popołudniem już co godzinę. Cena kursu dla pojedynczej osoby, to 2,5 euro w obie strony.
Sama wyspa jest urocza. Stolica Den Burg znacznie przebija urokiem De Koog, który przypomina bardziej Karwię w sezonie. Tam są wąskie uliczki z niewielkimi kamieniczkami jakby dla krasnali. Niemal w każdej knajpka i przypisany jest ogródek ze stolikami. Zapachy kuszą. Trochę to przypomina powiedzenie „życie to scena, aktorami ludzie”.





Z kolei w De Koog głównym deptakiem poszliśmy pod górę na plażę, gdzie nie ma żadnych parawanów, a ludzie bez skrępowania pozwalają zarówno słonku jak i innym spojrzeniem ogrzać się w cieple. Dziwnie wyglądała para muzułmanin – jego żona. On goły jak nieboskie stworzenia, a ona cała w materiałowym odzieniu. Nie, przepraszam, zdjęła buty. Woda po chwili siedzenia w niej niemal ciepła.
Przez De Koog ciągnie się park wydm, stąd widoki z plaży, jak na Nederlandy , niemal górzyste. W sklepikach wszystko z Textel łącznie z lokalnymi produktami. Likier niezły – musze przyznać:)









Wracamy już do Den Helder. Obyśmy zmieścili się w czasie biletu dziennego na środki komunikacji, bo kolejnego mandatu już nie zdzierżę. A w pociągu rozmowa zaczyna się od 100 euro. No i niemal wykrakałam sobie problem. Wchodząc do pociągu trzeba zrobić na wpuszczających i rejestrujących przejazd bramkach tzw. „check in”, co chyba nie wyszło Romkowi. Sytuacja była wystarczająco już stresująca, bo najpierw prom wypłynął z 10 minutowym poślizgiem. Autobus na szczęście poczekał, ale na dworcu byliśmy już po czasie. A pociąg powinien był odjechać.
Ja przeleciałam przez bramki. Roman miał problem, bowiem wahadełko nie chciało się otworzyć. W końcu przeszedł z inną osobą. Na szczęście konduktor przy kontroli spojrzał jedynie na nasz Holland Travel Pass, nie sprawdzając „czekinu” swoim czytnikiem.
Motyle i mikroby
Amsterdam – to typowy, klasyczny i do znudzenia wyliczany punkt wycieczek do Królestwa Nederlandów. Jeśli mamy taką możliwość, to odwiedzamy. Za każdym razem wpadając w różne miejsca. Tym razem były to „Micropia” – w której obejrzeć można między innymi bakterie i wirusy wielkości z „Jurassic Park”, a także mikroby żyjące sobie pod mikroskopem. Robią wrażenie rozmazane preparaty z wychodowanymi bakteriami, jakie normalnie znajdują się na materiałach, sprzętach medycznych czy sztućcach. Życie po wyjściu z tego miejsca nigdy już nie będzie takie samo. Mega intrygująca była możliwość powąchania podlegających przemianie produktów spożywczych.
















Drugim miejscem położonym dokładnie za płotem jest park ZOO. Mimo, że jest stare , bo z 19 wieku, to już wtedy wprowadzono wiele ciekawych rozwiązań. Miejsce wykorzystuje w swej architekturze elementy, które delikatnie mówiąc budzą strach zwierząt. Poprzez to nie wychodzą one poza swoje wybiegi. Klatki, szkło lub siatki są u groźnych ptaków typu sępy, czy u małp lub krokodyli . A na zwinne i ciekawskie foki patrzymy z góry:)








– Kiedyś leżało ono daleko od centrum i był tylko parkiem. Teraz je rozbudowujemy – mówi opiekun lemurów, z których kilka siedziało sobie koło domku, na wolnej przestrzeni, kompletnie bez krat. Na pytanie czy nie boją się, że pierwowzory Króla Juliana uciekną, odpowiadają, że nie.– One mają tu swoją bezpieczną przestrzeń: deskę do chodzenia, domek. Dostają jeść, to gdzie by miały iść? – pyta ze zdziwieniem.
Najciekawsza była jednak motylarnia. Jedynym miejscem, w jakim można zrobić zdjęcie nieruchomym owadom, to stanowisko z jedzeniem: cytrusami. Mało przyjemne aspekty to ogromna wilgotność i ciepło.









To Neunen Niunia
Ostatni dzień , sobota, miał wyglądać inaczej. Już widziałam , jak w tej chwili opisuję muzeum wojska holenderskiego i wysyłam linka do grup rekonstrukcyjnych. A tu niespodzianka: jeden autobus nie jedzie. To łapiemy drugi, skąd do upatrzonej miejscowości jadą aż dwa numerki. Jadą, pod warunkiem, że jest między poniedziałkiem a piątkiem. Niestety według rozkładu na stronie www.9292.nl kursują jak zawsze. Nie mamy większego wyjścia i zwiedzamy Neunen.







Tu mieszkał z rodziną Van Gogh, już ten żyjący, ten malarz. W dawnym urzędzie miasta jest muzeum poświęcone artyście, który tak naprawdę sławę zyskał po śmierci. Spacerując po wiosce (Holender nie nazwał by tego miejsca miasteczkiem) wiele miejsc jest oznaczonych jako namalowane przez Vincenta lub stanowiące dla niego inspirację.
Nieopodal neogotyckiego kościoła w parku jest ekspozycja zdjęć z konkursu fotograficznego. Są dwa z Polski – a jedno z nich zajęło drugie miejsce. Jest tu także drzewo z 17 wieku wśród domów o niskiej zabudowie. Jak wszędzie w wioseczkach są bardzo zadbane. Czystość bije po oczach.












Do domu
Ostatni spacer po mieście między charakterystycznymi jego obiektami:) Ten wysoki , najpiękniejszy z wszystkich to Biała Dama. Z kolei Romek lubi przeszklony, nietypowy obiekt sklepowy, łaciaty w kształcie nieregularnej łezki, składający się z 1200 trójkątów. Ten niski domek z chudym kominem to część muzeum Philipsa.







Ile razy byliśmy w Eindhoven intrygowało nas to….co okazało się parkingiem dla rowerów, z zabezpieczonymi resztkami murów miasta.




Pobyt w Królestwie Niderlandów zakończyliśmy najpierw na obiedzie w Ristorante de Hoek – nasze ulubione miejsce, gdzie pracownicy nas rozpoznali – mimo 3 lat nieobecności. A polecamy ich , bo dobrze karmią za normalne pieniądze. A kawka tylko w knajpie o nazwie Lucyfer. Jej pracownicy mówią: „powiedz nam, co chcesz, a zrobimy lepiej niż w Starburst”. Cappuccino w wersji zimnej jest mega mocne:)


AiR
Praktyczne informacje
*płatności w Holandii
- Większość miejsc preferuje płatność kartami. I tu zaczyna się problem. Bowiem niektóre miejsca akceptują tylko debetowe, inne kredytowe. Zdarza się, że mając VISE nie zapłacimy nią, a czasem to samo jest z Mastercart lub Maestro. Nie wszędzie też zapłacimy gotówką. Na pytanie , dlaczego tak jest w knajpie odpowiedziano nam: „Nie mam pojęcia, to jest właśnie Holandia” hahahha.
Komunikacja
strona pociągów www.ns.nl
strona komunikacji www.9292.nl
– jadąc dalej np. na drugi koniec kraju lub z wieloma przesiadkami (autobusy, pociągi) – lepiej kupić bilet całodzienny Holland Travel Ticket
za 48 euro (można na nim jeździć poza godzinami porannego szczytu 6 – 9.30 rano. Ważny także w weekendy.
za 70 euro – bez ograniczeń czasowych.
bilet autobusowy
na pojedynczy przejazd 4,80 euro
bilet dzienny na region – Brabancję – 7.55 euro.
Warto mieć OV chip caart (do kupienia na dworcach w punktach informacji kolejowej)- karta przedpłacona za 7, 50 euro ; dzięki której przejazdy są tańsze, bowiem liczone za kilometr.
Noclegi:
My śpimy pod lat w Budget Hotel przy Wilhelmina Plein, czyli niemal w samym centrum. Ceny też dobre jak na lokalizację.
https://www.budgethotel.nl/.
