–Jak to nie ma miejsca?? Przecież ja dzwoniłam… Rezerwowałam… Fax wysłałam… – próbowałam się tłumaczyć, niewysokiemu, czarnowłosemu recepcjoniście, w schronisku młodzieżowym w Nicei. Młody mężczyzna patrzył na mnie z politowaniem. Z pewnością próbował zrozumieć mój francuski.
Zapewne minęła już 18, bo wtedy otwierali hostel. Po około 30 godzinach jazdy, niewyspaniu i przygodach żołądkowych, usiadłam na szczycie góry nad miastem. Było jeszcze jasno. Rozciągał się niezwykły widok na błękitne przechodzące w lazur morze, po którym pływały maleńkie stateczki. Pode mną żyło miasto. Obok zaś kabina budki telefonicznej. Szybko, z przewodnika po Lazurowym Wybrzeżu , wynalazłam kilka numerów miejscowych hotelików, pensjonatów. Część już nieaktualna. Gdzie nie gdzie nie ma miejsca. Wreszcie jest jeden: o wdzięcznej nazwie Saint Francois. – Jak dla jednej osoby, to będzie pokój z dużym łóżkiem – tyle zdołałam zrozumieć. Taksówką zjechałam prawie pod……..dworzec autobusowy, na który kilka godzin wcześniej przyjechałam z Polski. (sic!).
Sam hotelik w starej części Nicei przypominał raczej melinę. I zgodnie ideą Świętego Franciszka był bardzo skromnie, urządzony. Choć patrząc na właścicieli, to w ubóstwie nie żyli. Po drewnianych schodach podreptałam na pierwsze piętro. Słabo trzymające się w zawiasach drzwi nagle rozwarły się przede mną. Białe ściany miały ze 3-4 metry wysokości. Pod samym sufitem nieduże okno. Bidet, umywalka i ogromne, pokryte niebieską poszwą łoże małżeńskie. Łazienka na zewnątrz i płatna!!! Ale te 15 franków warte było 10 minut pod letnią wodą.

Gdy zaczęłam już przypominać człowieka, przyszedł czas refleksji, kalkulacji. Decyzja szybka. Zostaję na 3-4 dni, bo nocleg to 150 Fr za dobę. Hostel około 70 ze śniadaniem. „Przynajmniej sobie okolicę pozwiedzam” – pomyślałam. I jak dziś oceniam całą sytuację popełniłam jeden błąd. Bo trzeba było przespać się jedną noc, i rano biec do hostelu. A nuż by się coś zwolniło. Trzy dni tam, i znów do Świętego Franciszka na noc, i tak w kółko. Ale wtedy miałam już dość wrażeń. Zresztą zdarzenia następnych dni potwierdziły, że podjęłam dobrą decyzję.

Tego samego wieczoru poszłam rozeznać teren. Na dworcu autobusowym, okienko przewoźnika zamknięte. Główną ulicą miasta pomaszerowałam na plac pełen fontann, pod jakiś hotel. Ludzi nie było prawie w ogóle, tylko plusk wody. Noc w hotelu była koszmarna. Na przemian śniło mi się, że są, i że nie ma biletów, na rejs do domu. Grozę potęgowała moja świadomość, że w okienku trzeba być punktualnie o 7. Ja zaś, nie miałam jeszcze komórki, a zegarek został w domu na szafce. Wreszcie nastało rano. Pędem pod stoisko przewoźnika, firmy „Intercars”. Zaczynam coś bełkotać, że przyjechałam, ale chce już wracać….. . Nagle, młoda szatynka stwierdza po polsku : – Pani jest z Polski????
–A Pani mówi po polsku…– ze łzami w oczach, retoryczne krzyknęłam.
Kasjerka rozejrzała się zawstydzona dokoła, i wręczyła mi bilet do domu na… za 5 dni.
Kurosawa i Święty Mikołaj
„No, to teraz się policzymy” – pomyślałam, i popędziłam na autobus do Cannes. Co ciekawe tamtejszy, lokalny środek transportu, od mojej „rejsówki”, różnił się tylko brakiem klimatyzacji. Przez przednią szybę widać uciekających ludzi, domki. Nie ukrywam radości, ale i przerażenia na kolejnych wirażach. Kierowca nie żałuje sobie, i z całą mocą naciska na gaz. Natomiast w całkowitym spokoju, na piaszczystych plażach, leżą bezmyślnie ludzie. Cannes. Pałac festiwalowy, pod którym pełno odcisków sławnych linii papilarnych. Kieślowski, Żuławski, Kurosawa i… Święty Mikołaj. Pomnik pomordowanych ż w czasie II wojny światowej i starszy – wysmarowany jakimś szarym paskudztwem- mim, odgrywający króciutkie etiudy. Do tego romańska kaplica z białej cegły, wbita między sklepowe kamienice. Przy porcie pełno łódek i… niebiesko srebrny Harley Dawidson.
Większość domów jest 3-4 piętrowa, z charakterystycznymi czerwonymi dachówkami, i dużymi okiennicami. Nad miastem wznosi się niewielki zamek, dziś muzeum morza. Dookoła miasta są wzgórza, wśród których stoją domki. Kultowym miejscem nie jest tu Mc Donalds, lecz knajpa Planet Hollywood. I rzeczywiście z jej ścian straszą „gęby” znane z telewizorni; że wspomnę Davida Hasselhoffa, Brusa Lee, czy Demi Moore. Po wrażeniach natury estetycznej, czas iść na zakupy. W jednym z marketów znów opacznie mnie zrozumiano. Zamiast wina słodkiego dano mi wytrawne, które wybornym raczej nie jest. Gdy stałam już przy kasie z dwoma ćwiartkami i półlitrówką rzeczonego trunku, poczułam na sobie czyjeś spojrzenie.

Aborygen mierzył przynajmniej 2,30 m. Łypał, to na mnie, to na koszyk. Co to miało znaczyć nie wiem, ale wołałam przejść do kasy obok. Napełniona wrażeniami, posunęłam na plac koło plaży. Kilku starszych panów grało tam w bule. Jest to gra polegająca na rzucaniu metalową piłeczką (wielkości tej do tenisa ziemnego), najbliżej innej, znacznie mniejszej, wcześniej ustawionej. Kto trafi najbliżej wygrywa. Fajna jest technika. Odpowiedni skłon, wymach…no i poleciała… troszki za daleko. Panowie z radością i pobłażliwością pozwolili mi na kolejny rzut. Było lepiej. Jeszcze zdjęcie pod… palmami, drzewami „w ciapki” gubiącymi korę, i nura do wody. Czysta piaszczysta plaża.
– Przepraszam, czy przypilnuje mi pani plecaka, i zrobi zdjęcia, jak będę już w wodzie??– zagadnęłam autochtonkę.
Zostawiwszy cały swój dobytek, wlazłam do błękitnej wody. Była ciepła, lecz nie ma jak stały grunt pod nogami. Zdjęcie strzelone, czas wyłazić.
Rekin i szok
Następnego dnia jechałam do Monako i Monte Carlo. Droga wiodła już przy skalnej ścianie. Jakaś przepaść, a kierowca pędzi niczym „Nieustraszony” z serialu na POLSACIE. Na miejscu, przewodnik w zęby, i zgodnie z mapką idę na podbój kasyna. Chciałam jak Bogusław Kaczyński coś wygrać. Nic z tego. Obowiązują stroje wieczorowe. Poza tym wtedy (w 1998 roku) miałam 18 lat, a to stanowczo za mało na wizytę w krainie pozornego szczęścia. Pozostało mi przespacerować po mieście i zajrzeć do Zamku Garibaldich w Monako. Wystawnie i gustownie urządzone pokoje. Podłączam się pod jakąś grupę. Na placu przed twierdzą akurat jest zmiana wart. Żołnierze w białych mundurach maszerują tam i z powrotem. Dłonie mają naprężone. W Monako jest także Oceanarium. Duże, ciemne pomieszczenie. Na ścianach akwaria, których pływa wszystko, od piranii po rekiny. Tam, w tym cudownym miejscu, poczułam, że utonęłam… . Nie pękło żadne akwarium, ale zdałam sobie sprawę, że nie mam karty kredytowej z ¾ moich pieniędzy… . Od razu dzwoniłam do rodziny, znajomego, by zablokował mi jakoś konto. Nic z tego. Muszę to zrobić osobiście… . Nie było aplikacji, zabezpieczeń… Ro 1998 powtarzam.

Zupki i woda z plaży
Przez kolejne dni, w moim menu przywiezione były z Polski zupki chińskie, chlebek wasa, kupowane brzoskwinie, i woda z pryszniców na plaży. Danie zmieniały się kolejnością. Wino wylądowało w bidecie, a ja na kamienistej plaży w Nicei. Od czasu do czasu przechadzałam się po targu pełnym owoców, ryb prosto z morza. Rankiem chodziłam po pustej plaży. Rozmawiałam z ludźmi szukającymi na niej pieniędzy i szczęścia. Nawet sama znalazłam wyszlifowany przez morze kawałek niebiesko – zielonego szkła. W takiej bezmyślnej włóczędze po mieście znalazłam zegar słoneczny, wydrążony w skale półokrągły pomnik ofiar wojen, przypominający raczej ołtarz. Jak w labiryncie szwędałam się po długich, krętych uliczkach, gdzie między jedną a drugą bardzo wysoką kamienicą, było może 2-3 metry szerokości. Na jednej z uliczek rysował karykatury jeden z mieszkańców hoteliku. Noce zaczęły być długie, duszne i chwilami przerażające. Czasem jakiś pijaczek darł się pod oknem, chwile potem sygnał policyjnego radiowozu. Po schodach pijackim krokiem ktoś wchodził.
Szybko nadszedł dzień wyjazdu. Ostatni spacerek po mieście, prysznic na koszt właścicieli hotelu, i do domu. Półtora doby później jadłam zwykły rosół i zachwalałam normalną polską kuchnię.
Alicja Badetko
Zdj. Małgorzata kowalska- Kantyka