Jechaliśmy do Dolnej Moravy, tak do końca nie wiedząc czego się spodziewać. Bo most rozpostarty między dwoma górami, bo pokazywali kiedyś w TVN. Bo przecież lęk wysokości…
Najlepiej wybrać parkingi numer 5 lub 6 ( kosztują one 100 koron za dzień). Są najbliżej wyciągu na górę. Z tego ostatniego czeka nas 300 metrowe podejście do góry. Bilety kosztują 1390 koron od osoby. Warto mieć ze sobą kartę kredytową / bankomatową. Bliki nie funkcjonują. Ze względu na dawną pandemię, a nawet względy ekologiczne, bilety kupuje się w automatach. Natomiast rachunek za zakup można dostać na e-maila. Trzeba tylko uważnie czytać komunikaty, jakie pojawiają się na ekranie. Warto zauważyć, że w ciągu godziny zarówno na wieży, jak i moście może przebywać określona liczba osób.

Jeśli przeżyliście wyjazd na górę, to dopiero pierwszy krok za wami. Ja, w przeciwieństwie do Romka, bardzo niepewnie czuję się na wszelkiej maści wyciągach, kiedy pod moimi nogami jest drążek na ich położenie, a potem tylko przepaść w dół. Wjeżdżając na Kasprowy mam miękkie nogi i marzę o ucieczce. Tyle, że jest za wysoko. Tu było podobnie.
Krótki do długiego
Most ma 721 metrów długości. Metal do żywego. Idzie się nim tylko w jedną stronę. Odwrotu nie ma choćby człowiek klękał i łkał jak dziecko na widok arbuza. Mnie się podobało. Roman nie wykazywał nadmiernego entuzjazmu. Byle nie patrzeć w dół, bo primo przez małe krateczki niewiele się zobaczy (szkoda wzroku niszczyć), a i niedawne śniadanie może zmienić miejsce położenia w trybie e=mc2. Most wisi około 92 metrów nad ziemią. W niewielkim stopniu jest ruchomy, chyba że ktoś się uprze, by go rozbujać.
Tu link do postu na naszym FB, abyście zobczyli jak tam jest „na żywo”

Wspomniałam, że jest to „one way ticket”. Do punktu wyjścia wracamy górami, trasą liczącą jakieś dwa kilometry, dość dobrze znaczoną (np. wieżyczkami z kamieni) oraz widokową.



Jak w kieleckim na dworcu…
Zajmie nam to może pół godziny. Kolejny, już ostatni etap, to wejście na punkt widokowy. I tam dla mnie zaczęły się „schody”. Nie dość, że idziemy lekko pod górę, to wysokość widać i czuć z każdym metrem. A to tylko 55 m nad ziemią… Nawet przepiękny widok na Śnieżnik nie rekompensuje dyskomfortu. Roman natomiast był zachwycony.





Na górze wiało (by nie powiedzieć, że „pizgało”), a z nad wspomnianego Śnieżnika sunęła w naszą stronę ciemna i niepokojąca niewielu chmura deszczowa… Nic tylko cieszyć się życiem na wysokościach i to dosłownie. Jedną z atrakcji tej atrakcji (haha) jest siatka, która utrzyma aż 4,5 tony. Nie chciało mi się wierzyć… Inna ciekawostka , to mini zjeżdżalnia na niższy poziom , która przypomina niczym rurę basenową. Zjeżdża się na specjalnej płachcie materiału. Wrażenia pełne entuzjastycznego krzyku – wedle tego, co słyszeliśmy:)
Nagrodą niech będzie zakup pamiątek po zejściu z punktu widokowego;)
Nie wiem, czy tam jeszcze wrócimy, ale doznania ciekawe.:)
Alicja i Roman
