Dania bez żartów

„Mówi Pan po angielsku?… Stanąć w rozkroku, ręce w górę” usłyszał Roman, chcąc opuścić Królestwo Danii. Na szczęście to tylko wezwanie do kontroli podczas odprawy bagażu. Generalnie jednak mieszkańcy tego kraju poczucia humoru nie mają. A samo sprawdzanie toreb, walizeczek było tym razem dość szczegółowe.

Czekaj, musimy znaleźć linię „S”, tu są jakieś schody. Idziemy ! – zarządził Roman na stacji w centrum Kopenhagi. Aby dotrzeć do Kongens Lyngby, gdzie jest skansen i muzeum samochodów, wysiada się z kolejki podmiejskiej na stacji Sorgenfri. Na miejscu przywitał nas Lidl, gdzie zrobiliśmy niewielkie zakupy. Croissanty z ciasta francuskiego z kremem z pistacji (8 koron) szału nie zrobiły, ale były dobrą opcją na śniadanie. Tym bardziej, że nasz lot z Krakowa był chwilę po 5 rano… W innych sklepach, już w stolicy, ciastka wręcz wołały „Zjedz mnie!!”.

Podobnie, ale inaczej

Skansen FrilandsMuseet szalenie nam się podobał. Kilkadziesiąt chałup, pojedynczych lub ułożonych w zespoły kilku domów na planie kwadratu. Niektóre z charakterystycznym pruskim murem. Niby jak u nas, ale z większą przestrzenią i bogatszym wnętrzem. Chaty są kryte np. gontem. Były też dwa wiatraki i tradycyjny młyn nad stawkiem.

Domy głównie z Danii, np. z Bornholmu. Pochodziły z 18-19-20 wieku. W niektórych, przytulnych, bardziej pasujących do niewielkiego ogrodu, z przyjemnością by człowiek zamieszkał.

Wszystko dopełnia przyroda. Wysokie, stare drzewa; malutkie kwietne łąki oraz stawek. W jednym miejscu prostokątne i drewniane zbitki z desek, po których spływała woda. Gdzieniegdzie pasły się owce a w kurniku przy gospodarstwie siedział kogut ze swą czelodką.

Mielonka z lodami?

Sobota, dochodziła 11. W skansenie, gdzie dzieci mają darmowy wstęp (pozostali płacą 145 koron i jest opcja wykupu biletu rocznego dla jednego lub dwóch dorosłych), było dużo rodzin z maluchami. Przy jednym z punktów gastronomicznych, w płaskiej i okrągłej fontannie, między skaczącymi do góry strugami wody, biegały nagie 2-3 latki. W Polsce mało takich sytuacji widziałam i byłam nieco zaskoczona. Być może u nas to też norma. Nie wiem. Dzieci nie mamy.

– Niech mi pani wytłumaczy. Mielonkę i rukolę – rozumiem, ale „stracciatella”? Kanapka z wędliną i lodami???
– Haha, stracciatella to rodzaj mozzarelli. Nazwa podobna jest do lodów. Ale, aż tak szaleni nie jesteśmy, by to łączyć 😂😂 –
śmieje się sprzedawczyni. „Wkład” do hot – doga ma smak parówki i kiełbasy białej, idealnie doprawiony jest jedynie pieprzem.

Hotel dla aut

Ze skansenu poszliśmy do muzeum samochodów dokładnie po drugiej stronie ulicy. Miła odmiana. Na 2 piętrach zobaczyliśmy np. włoskie, francuskie autka, jak choćby uroczy czerwony Fiat 500 z 1957 roku, Bugatti, czy szare , lśniące Mercedesy.

Jest tu historia motoryzacji w dość okrojonej, wręcz symbolicznej formie. Mega ciekawe były stare modele np. Bentleya, Rolls – Royce, kiedyś używane przez rodzinę królewską.

Jest tu także hotel a raczej ze 4 garaże dla samochodów zabytkowych. Niestety nie można ich zwiedzić. A szkoda.

Bilet do skansenu 145 koron/osoba, muzeum samochodów za 2 osoby ze zniżką studencką 290 koron. Koszt przejazdu z lotniska do Lyngby ( z przesiadką na kolej podmiejską w centrum Kopenhagi ) 96 koron, a z miasteczka do centrum 84 korony za nas dwoje.

Jak w Amsterdamiedosłownie
Z małym rozczarowaniem pojechaliśmy w kierunku stolicy Danii. Dla Romka było to pierwsze spotkanie z Kopenhagą. Dla mnie kolejne – reportaż z mojego zimowego wyjazdu poczytacie TU. Dlatego ważnym punktem była „Syrenka”, siedząca na kamieniu metalowa, zimna postać. Szybkie selfie i idziemy dalej. Tym bardziej, że jest szalenie dużo ludzi. Objazdowe autobusy przystają tu na chwilę i jadą dalej pod Palmiarnię oraz letnią rezydencję króla, by skończyć kolejną rundę nieopodal centrum przy jednym z pałaców monarchy.

Doszliśmy do Nyhavn, czyli przedłużenia dzielnicy o nazwie Christiana, z kolorowymi kamieniczkami jak w holenderskich Groningen czy Amsterdamie. W jednej z nich jest muzeum bursztynu. Kiepskie i akurat darmowe, bo tylko jedno piętro zostało udostępnione. Normalnie wstęp to 25 koron. To ubogi krewny muzeum w Gdańsku, a w sumie skromny dodatek do sklepu.

Ceny w nim zniewalają. Może dlatego, że nawet zwykły obiad w typie fast food-u to wydatek 200 koron na osobę. A korona to blisko 60 groszy. Może nie ma rachunków grozy, ale bynajmniej mi trudno jest odnaleźć się w wartości nabywczej korony.

W kanale z gracją obracają się długie łodzie do ostatniego miejsca wypełnione turystami. A plastikowych siedzeń jest około 200. Kapitanowie w białych mundurach z mikrofonami w dłoniach, niczym kapłani wiedzy, opowiadają ciekawostki o stolicy Danii.

Parada równości

W sobotę odbywała się kopenhaska Pride Parade , organizowa w ramach Tygodnia Równości. W mieście jest pełno kolorowych flag przyczepionych na masztach np. przy banku i innych budynkach użyteczności publicznej. Malutkie chorągiewki przyczepione są do lusterek autobusów. Podobnie jak u nas w święta narodowe lub podczas strajku kierowców. Bardzo dużo jest różnych tęczowych elementów w całym mieście. Niektórzy ludzie są wymalowani i poprzebierani. Niejednokrotnie dość ekstrawagancko i nieadekwatnie do własnej tuszy. W jednym ze sklepów dostępny jest pełen asortyment gadżetów na paradę. Od parasolek po maskotki czy megafony z ustami w kształcie tęczowych ust. Na placu przy wesołym miasteczku Tivoli stała już scena a impreza trwała od paru godzin. Włodarze szacują, że przyjechało nawet 250 tysięcy osób.

Pierwszy dzień zakończyliśmy w hotelu sieci WakeUpKopenhagen. Polecamy. Mieliśmy mały pokój, na 10 piętrze, którego 1/3 zajmuje podłużna łazienka, a reszta to wąski przedsionek i duże łóżko pod oknem. Bogu dzięki za klimatyzację. Śniadanie europejskie za 90 koron powinno zadowolić wszystkich.

Zmiana czapek

Dzień drugi i ostatni to spacer między królewskimi pałacami, których w mieście są aż 4. Udało nam się przejść przez ChristiansBorg (koło którego miała być meta niedzielnego biegu), obejrzeć zmianę warty (filmik podlinkowane) przy AmalienBorg – zimowej rezydencji władcy Danii. Z podziwem, przerażeniem przyglądaliśmy się jak przy kilku drzwiach do kompleksu stoją młodzi chłopcy w pełnym rynsztunku oraz czapkach wyglądających na zimowe.

Około 11 zmielili ich koledzy z duńskiej Gwardii Narodowej, już z lżejszym nakryciem głowy. Obok kompleksu jest godny uwagi marmurowy, niewielki kościół .

Rezydencji pod dostatkiem

Przed odjazdem na lotnisko jeszcze spacer po między innymi najbogatszej ulicy miasta, szybkie duńskie piwko na jednym placyku nieopodal wieży – kolejnego symbolu stolicy, przebieżka przez ogród przy RosenBorg (letniej rezydencji), i znajdującym się niemal en face ogrodzie botanicznym przy Palmiarni.

Alarm bombowy

Lotnisko w Kopenhadze do najprostszych oraz małych nie należy. Od centrum miasta dzieli je kilka km i 3 przystanki pociągiem. Nasz samolot odlatywał z ostatniego terminalu, z bramki F. Siedzimy sobie , czekając na Boeinga 737-800 , który o 18.40 jeszcze nie wyleciał z Krakowa. A przecież powinniśmy już być po odprawie i modlić się o szybki start. Jak się na drugi dzień okazało, jakiś idiota zadzwonił na krakowskie lądowisko, oznajmiając , że w samolotach są bomby. Część statków powietrznych przekierowano do Katowic lub Warszawy. Innym, w tym naszemu, wstrzymano planowy odlot. Z ponad godzinnym opóźnieniem wylądowaliśmy w Balicach. A jak wygląda A4 w kierunku do Katowic każdy z lokalsów wie… . Turbulencje to przy tym pikuś…

Alicja Badetko

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *