Kraina Łagodności

Wysiądzie Pani na następnym przystanku po mnie, koło starej szkoły…Wie Pani, ja całe życie tam mieszkam, ale sama nigdy na Pilsko nie szłam. Nie boi się Pani? A jak wilki będą? – pyta góralka o nienaturalnie siwych włosach.

Jasne, że się boję, ale.… – urywam myśl, wsiadając do żółto – białego autosanu z tabliczką Sopotnia Wielka.

Miziowa Pod Pilskiem 2 i 1/2˝

Po ponadgodzinnej jeździe kierowca zatrzymuje się przy drogowskazie „ Hala Miziowa 2 1/2”. Szlak jest zielony, co oznacza, ze idę łącznikiem lub bezpośrednio do schroniska. Wilgotne, mroźne powietrze. Na trawie kropelki rosy. Co chwilę ze zbocza wypływają długie, cieniutkie strumyczki. Nagle z zarośli wylatuje przerażony ptak. Z lewej strony Hala Pawlusia, dalej zarośnięte drzewami zbocze Hali Romanka, jednego z najwyższych w okolicy szczytów. Pod nogami mam porośniętą krzewami i małymi brzozami przepaść. W bukowym lesie coś za mną szura, choć w okolicy nie ma „żywego ducha”. Uff, to tylko przyczepiona do plecaka siatka z grzybami. Po chwili już długie sosny obijają się głowami. Pachnie grzybami, w około pełno zielonego mchu i ciepły wiatr. Cały czas syczą świerszcze, żadnego ptaka. Czasem zabzyczy moja komórka, która z mieszanymi odczuciami odbieram. Mimo to czuję wolność.

– Do schroniska jeszcze 40 minut a na szczyt kolejne 20. Życzę powodzenia – słyszę od sympatycznego może 50 latka, pierwszego napotkanego dziś turysty.

Zbieg okoliczności???

Ze szczytu – Pilska (1557 m.n.p.m) najwyższego wzniesienia Beskidu Żywieckiego, nie ma dziś najlepszej widoczności.

Kiedyś widzieliśmy dokładnie Pasmo Policy, Gorce, Morze Orawskie, a Babia Góra była na wyciągnięcie ręki. Tu macie Jałowiec, Romankę, Rysiankę i drogę do Rajczy, a tam dalej Beskid Śląski ze Skrzycznem, to ta kopuła z masztem nadawczym – wodząc palcem przed sobą, tłumaczy kilku młodym chłopakom niewysoki, starszy przewodnik. Instruktor swoje, a na uszach chłopaków tnie ostre techno. Jak się przypadkiem okazuje, są z tego samego miasta co ja.

Atak z zaskoczenia

Siedzę na szczycie, na kamieniu, w otoczeniu kilku kupek ciemno zielonej kosodrzewiny. Przyglądam się dumnej Babiej, górze nazywanej Królową Beskidów. Przed oczyma mam pełną pagórków trasę z Miziowej na Babią, którą dwa lata temu przeszłam podczas rajdu głównym szlakiem beskidzkim. W sumie 7 godzin marszu…

Dzień dobry! Ma Pani paszport? – nagle, słyszę zmęczony głos. W jednej chwili orientuję się, że siedzę po słowackiej stronie. Przy mnie stoi młody, ubrany w moro pogranicznik.

zdj.pixabay.com / mkwaterski84 / darmowy dostęp

A to Pan jest tym wopistą, przed którym mnie ostrzegano, że działa jak Bin Laden z zaskoczenia!?. – Dowcip może nie adekwatny, ale obcięty na Kojaka mężczyzna śmieje się. Siada obok i po kilkunastu minutach rozmawiamy sobie jak starzy kumple. Co kwadrans przez krótkofalówkę zgłasza do bazy, że na górze wszystko jest bez zmian. Jeśli jakiś turysta, miłośnik przekraczania zielonych granic, stawia opór strażnicy sprowadzają go na przesłuchanie do bazy poniżej szczytu. W górach służba trwa 8 godzin.

Teraz przyszłaś Ty, ale czasem siedzę sam i gadam do siebie. A moja praca polega między innymi na tym, że się rozmawia z ludźmi. W tym zawodzie trzyma mnie to, że po 15 latach idę na emeryturę. Zacząłem wcześnie pracować w Straży Granicznej, ale są i tacy, którzy przyszli tu mając 40 – tke. Chciałem być policjantem. Potem pojawiła się Straż Graniczna – opowiada o sobie. Wieje zimny wiatr. Znajomy zapala kolejnego papierosa.

Wszyscy mi mówią „Ty to musisz mieć fajną pracę”. Nie wiedzą, że gdy na przykład w zimie skuter wpadnie w zaspę, to nie można go wyciągnąć…

Minęła 16. Wracamy na Miziową.

– Na drugi raz przypomnij się! – krzyczy na pożegnanie przy schronisku, i szybko wraca na dół do swojej żony i dwuletniego synka.

Siadam na maleńkim tarasie przy wejściu do drewnianego budynku.

zdj.pixabay.com / mkwaterski84 / darmowy dostęp

Co to za młodzież, oni nie umieją nic zrobić… – denerwuje się wychodzący ze schroniska opiekun bielskich gimnazjalistów, z których jeden wyskakując przez okno (metr nad ziemią) skręcił kostkę. Z przerażeniem zerkam na kilka postaci wędrujących bez opiekuna po szczycie. Wreszcie się ściemniło.

Słuchaj, 600 metrów ode mnie oświetlona, mała, drewniana goprówka, obok szumi strumyk, a en face olbrzymie ramię Pilska, tylko zimno – relacjonuję koledze, bo właśnie dzwoni. Słyszę jak on jedzie samochodem, echo klatki schodowej, wchodzi do mieszkania… . Leżę na ławce przed schroniskiem. Przyglądam się gwiazdom i znowu te okropne świerszcze.

Bez migacza w biegu

„Kiedy inni muszą liczyć, czas ja go mijam bez migacza w biegu, nie chce jak ty przy maszynie stać, mówiąc cześć! przydrożnym drzewom. Szukać jutra co za sens, kiedy dzisiaj dookoła, dzisiaj w wokół, tak spokojnie, lekko krok po kroku dojdziesz przecież tam gdzie chcesz…”

snuje mi się po głowie wiersz Wojciecha Bellona. Tu, tak powoli, po cichu płynie czas. Nie liczą się sprawy ważne dla ludzi „z dołu”. A moje problemy stały się maleńkie. Jeszcze tylko kilka słów z panią kierownik i idę spać.

Nie pogarszajcie opinii o bielskich szkołach, bo tak jest zła nie tylko w tym schronisku. Przyjeżdżają tu grupy z całej Polski, ale... – kierownictwo schroniska próbuje zapanować nad „odpoczywającą” w budynku młodzieżą. Nauczyciele są bezradni

Może mi pan obniżyć zachowanie, ale ja i tak nie zamknę drzwi… – krzyczy, szczupła brunetka, idąc szybko przez wąski korytarz. Grupa jest tak nieznośna, że ma spać przy otwartych pokojach. Wreszcie koło północy cisza.

Zmienna dama

Ranek. Jest mgła, ale słonce się przebija. Szanse na ładną pogodę powoli rosną. Jest ciepło, ale bardzo wilgotno. Idę na oddaloną o dwie godziny Hale Rysianka, i położoną od niej o kwadrans Lipowską. Po półgodzinie szaro – metaliczna mgła opanowuje wszystko. Komórka co chwila traci, odzyskuje zasięg. Technika… . Po 10 minutach widzę jak mgła przechodzi, wręcz przenika przeze mnie. Rozpogadza się. Jestem już na wielkiej przełęczy a ołowiane chmury ciągną nad Pilsko. Słońce świeci bardzo zdradliwie, niepewnie. Mam wrażenie, że zaraz lunie deszcz.

Pani wie, czy miedzy Pilskiem a Babią można się gdzieś przespać?

zatrzymuje mnie starszy turysta, charakterystycznie zaciągający po lwowsku. – Bo na Pilsko może godzina a Babia jest dla mnie za daleko.

Wiem, że na wysokości Głuchaczek, czyli prawie w połowie drogi były kwatery, ale czy nadal, ktoś tam wynajmuje to nie wiem –

„Gdzie nas powiedzie skrajem dróg gzygzakowaty życia sznur…”

przypomina mi się piosenka Edwarda Stachury. Na tej trasie dziś wyjątkowy ruch. Mija mnie kilku szalonych rowerzystów. W końcu, pod wieczór, z Lipowskiej obserwuje pomarańczowo – różowo – niebieskie a chwilami brunatne niebo nad Beskidem Śląski, Pilskiem i Krawcowym Wierchem. W oddali zarys słowackich Tatr i naszych nieznanych mi z nazwy pagórków. Moje rozmarzenia przerywa szczek Czanga ogromnego, podpalanego wilczura. To znak, że Krzysiek i Robert skończyli już prace przy renowacji wyciągu narciarskiego przy schronisku na Lipowskiej.

Chyli się dzień do kresu, wieczorne wiadomości doniosły znów o sukcesach (…) ptaki stukają do okien, na burzę idzie, płynie mrok…”.

Pobudka!

Koniom wody dać! Nie ma jak u mamy! – o 7.30 drze się piętro niżej wychowawczyni grupy mieszkającej w schronisku. Koniec spania… . Wygrzebuję się spod kilku kocy.

Na Halę Boraczą wędruje buczynkowo – brzozowym, lasem. Czasem wśród wysokich drzew rośnie beztrosko mała, zielona brzoza. Gdzieniegdzie z mchu wychylają swe łebki brązowe podgrzybki. Niedaleko schroniska stoi dumnie drzewo, z wielką dziurą, przeżarte od wewnątrz. Omijam brzydkie murowane schronisko i do Żabnicy schodzę rozjeżdżoną, błotnistą drogą.

zdj. Sylwia Ptasińska

Kolejny punkt wyprawy to Słowianka. Trasa w większości prowadzi prostą, leśna drogą. Dopiero pod koniec jest potężne podejście na przełęcz. Przez drzewa widzę ile jeszcze mi zostało na z powrotem Lipowską. Nie zatrzymuję się przy małym, drewnianym schronisku. Obok niego rozchodzą się drogi do Węgierskiej Górki przez Wzgórze Abrachamów (skąd fabryka napojów z Żywca czerpie wodę) i w kierunku mojej noclegowni. Idę szybko. Droga co chwile się gubi, ale marsz przez dziki rezerwat „Romanka”, po ogromnych kamieniach, chwilą po łańcuchach, wynagradza zmęczenie.

Na krzakach nie ma borówek ani jeżyn. Na halach rozłożyły się liście babki. Jestem potwornie głodna. Robi się zimno. „Muszę dojść do przecinki, ciekawe co dalej? O! jakaś hala, stąd już niedaleko” usiłuje się mobilizować. Mijam się ciągle z grupą młodzieży. Wreszcie spotykam starszego pana, który pociesza mnie, że do schroniska jeszcze 30 minut. Bezwstydnie proszę go o coś do jedzenia. Nie podejrzewałam, że dwa pierniczki dodadzą mi tyle siły. Po kilkunastu minutach trawersuje Halę zwaną Pawlusia. Wieje nieprzyjemny wiatr. Jednak widok jest cudowny. Z jednej strony Pilsko, Babia, Polica, z drugiej Beskid Śląski, Mały, oraz trasa, która przeszłam dziś. Schronisko już za kwadrans.

Teraz się szarzy i zaczyna padać, ale w nocy będzie znowu pełno gwiazd.

„Nieźle jest żyć z dnia na dzień, co dzień inna sień, inne sprzęty, dom nowy, nowa sień; człowiek jakby mniej dziecinny; ale z tego ze mną się śmiej; (…) szukać jutra co za sens…. – czytam, sobie na dobranoc poezje Bellona.

A.Badetko

zdj. pixabay.com , AB, Sylwia Ptasińska

To jeden z moich reportaży napisany już dawno, o czym świadczy choćby fakt, że nie ma już drewnianego , starego schroniska na Miziowej.

Inne teksty z Beskidów:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *