Po powrocie z Sycylii szukamy fajnych miejsc, gdzie możemy poczuć klimat i smak Italii. I nie sprzeczajmy się czy Katania, Palermo oraz Syrakuzy „kochają” resztę kraju w kształcie buta, czy nie. Jedzenie od zawsze łączy ludzi. A tamtejsze cannoli z ricottą, to już majstersztyk.
Pierwszą jest znajdująca się w Kętach „Buon Giorno”. Zaskoczyła nas wielkość i zawartość deski z wędlinami i serami.

Spodziewaliśmy się kilku plasterków prosciutto i jednego czy dwóch gatunków sera. A tu niespodzianka. 4 albo 5 rodzajów wędlin, ze 4 propozycje sera. Oliwki, ćwiartki pomidorków, trochę zieleniny, kiełki.

No przynajmniej raz tyle, co jedliśmy w Katanii. Sama przystawka w zupełności starczy na dwie osoby.

Na danie główne zamówiliśmy tagiatelle z borowikami (Roman) i krewetkami (ja).

Bardzo dobre, choć mnie zasmakowało z dodatkiem oliwy z czosnkiem i odrobioną pieprzu. Krewetki były idealne. Delikatnie twarde o nie zaburzonym niczym naturalnym smaku.

Na deser miała być kawa i cannoli. Ale na tyle byliśmy najedzeni, że ciasteczko rodem z Sycylii wylądowało w pudełku. Dwie godziny później delektowaliśmy się nim w zaciszu dompowym, oglądając na kompie zdjęcia z widokiem na Etnę. I powiem Wam jedno – jest tak samo pyszne (masa z ricotty i pokruszone na bokach kawałeczki pistacji) jak w Katanii , w dość eleganckiej restauracji.

Na miejscu jest także mały sklepik z włoskimi produktami. Zgadnijcie, co przyciągnęło nasz wzrok?
Uno, due, tres…. krem z pistacji oczywiście;)
alicja i roman
