Carpe diem w piekle

Dzień jak na początek października jest wyjątkowo słoneczny. Pierwszy taki przejrzysty od kilku dni zamglonych. Jadąc pociągiem do Helu, przez cały półwysep, miałam cichy plan: siąść na plaży i patrzeć przed siebie na fale przynoszące dobre oraz złe wiadomości. Zresztą mój umysł nie dopuszczał niczego innego do siebie. Żadnej myśli o past w założeniu perfect. Carpe diem – jak mówili starożytni. Szum morza, relaks.

Śnij snem żeglarza…

Lekki wiatr nie przeszkadzał w spacerze na cmentarz. Pochowani są tam mieszkańcy miasteczka. Także ludzie morza, którzy przegrali nie tylko z jego żywiołem. Czasem z głupim przypadkiem, pechem, planami. Ot, życie. Excusez – moi , śmierć w oczekiwaniu na kolejny dzień, kolejne wyzwania, realizacje życiowej pasji, jaką jest pływanie. Na jednym z nagrobków wyryto: „…Śnij snem żeglarza…” . Ujmujące i wzruszające. Kapitanie.

No to „czołgiem”

Idę na Cypel. Wchodzę w las między blokami. Skracam drogę, trochę błądząc leśnymi dróżkami. Idę na przestrzał, na intuicję. Las liściasty, co jakiś kawałek porozumiewawczo zerka na mnie jakiś grzyb. Aż grzech go zostawić w miejscu, ale co z nim zrobię? Dochodzę do głównego duktu. Mijam rozwidlenia po nierównym, lekko wybrzuszonym terenie. Szlak oznaczony jest pomarańczowym czołgiem.

Mijająca mnie kobieta z psem potwierdza, że to droga na Cypel. Las iglasto – liściasty. Sporo kolorowych liści już na ziemi, a spod nich wystają korzenie. Drobne i trujące grzyby zadzierają białe kapelusze. Niby droga utwardzona, ale miejscami but zanurza się głębiej w piachu.

Najsłabsze ogniwo

Szum morza. Słyszę go coraz bardziej. Na lewo droga do baterii Laskowskiego. Przede mną maleńkie wydmy z iglakami. W końcu jest! Plaża, dzika plaża. Zbiegam między krzakami wysokich żółtych traw. Plaża poraniona po sezonie tym, co wypluło morze – jakąś grubą i zasupłaną żółtą liną zahaczoną na metrowej bali, resztkami drzew, tajemniczymi fragmentami czegoś…

Mieszankę emocji uzupełniają rany po petach, zakryte papierami, psich pazurach, wbijaniu w jej miękką i podłużną strukturę cielsk turystów. Tylko mewy delikatnie masują ją swymi kroczkami. Przyleciało stadko dzieci – ptaków. Jeden ma coś z nóżką. Może skręcona, złamana. Na pewno na niej nie staje. Tylko ją podkurcza. Dogania stado, które zapomniało, że grupa jest tak silna jak jej najsłabsze ogniwo. Maluch nie poddaje się. Dolatuje do nich.

Złudzenie

Mijają mnie październikowo-listopadowi turyści. Z aparatami na szyjach, ubrani „na cebulkę”. Nie jest może najzimniej, ale gołe stopy domagają się ubrania adidasów. Piasek nie jest tak przyjazny i czysty jak w kwietniu. Słońce walczy z ciemną chmurą. Na horyzoncie płynie kontenerowiec. Przypomina wielbłąda dwugarbnego, sunącego po pustyni. Dostojnie pokonuje wzniesienia fal. Przemieszcza się w stronę Trójmiasta. Niebo jest pasmami ołowiane z przebłyskami bieli i błękitu zabijanego szarością. Woda z drugiej strony – w kierunku na Juratę – jakby niebieska. Takie złudzenie.

Nawet knajpa na plaży otwarta, kilka stolików. Przy jednym z nich siedzi młoda para. Zbliżam się do Cypla i już czuję przeszywający wiatr. Idę specjalnie zrobioną kładką między wydmami a plażą. Obszar Natura 2000. Dwóch młodych, krótko obciętych mężczyzn robi zdjęcia przez długie obiektywy. Widać całe Trójmiasto. Panowie zachęcają mijających rówieśników do spojrzenia przez okienko aparatu.

Morze przez pryzmat

Wieje cholernie zimny i silny wiatr. Fale nie dają za wygraną. Piana tańczy nad falochronami. Woda wydaje się złudnie zielona, granatowa. Niebo chwilami różowo – błękitne z przebitką słońca. W oddali pozorny spokój. Gdy przeszłam do portu, mijając foodtracka z najlepszymi frytami i kawą, było już spokojniej.

Morze żywi i bogaci

Z wielkiego statku wyładowywano ryby. Budynki portowe raczej odstraszają surowością, szarością elewacji, zaniedbania wieloletnie. „Morze żywi i bogaci” głosi napis na jednym z nich. Obok stoją rządkiem posłusznie kutry, przywiązane linami do doka jak pies smyczą do ławki. Ryby świeże z porannego połowu już nie żyją. Unosi się zapach ich ciał. Mewy niemiłosiernie się drą, latając nad statkami. Pilnują, kiedy jakiś kawałek śledzia wpadnie za burtę wyrwany wiatrem.

Z drugiej strony w kierunku biało-niebieskiego „Jaja” jak jeden mąż ustawiły się kutry, holownik. Odpoczywają po sezonie. Jeszcze niedawno było tu pełno ludzi. Rywalizowały z sobą o każdego turystę. Teraz ,choć nie muszą, nadal się prężą. Słońce przebija się między ich szkieletami.

Z drugiej strony na plaży panuje spokój. Morze wypluło pełno meduz. Kleją się one do piasku, który złoci się i srebrzy. Jeśli do tego dodamy przebijające przez zwierzęta słońce, mamy mały spektakl. Przez te glutowate stworzenia pomiędzy ich organellami próbuję patrzeć na morze. Wydaje się być zamazane, nieporadne. Aparat nie łapie ostrości, jak bym chciała. Bałtyk tu jest spokojny. Błękity chmur przeplatają się w wodzie.

Gdzie ta koja wymarzona w snach

Niby nic się nie zmieniło w ciągu kilku lat. Cholernie niby. Port stoi. Łowi się ryby. A jednak dla mnie jest inaczej. Nie mniej to jeszcze i chyba coraz bardziej mój kawałek świata, wspomnień, miejsce odreagowania złych emocji. Tu przyjeżdżałam z grupami, które czasem udało się namówić na rejs kutrami: CPT Morgan lub Maszoperią. Tu była moja ostoja na godzinę lub dwie, by potem wrócić do obowiązków zawodowych. Tu dzisiaj wracam, kiedy jest mi mentalnie źle.

Pytam zatem:

…Gdzie ta keja, a przy niej ten jacht?
Gdzie ta koja wymarzona w snach?
W każdej chwili płynę w taki rejs
Tylko gdzie to jest? No gdzie to jest?…

Ja też szukam dalej, usiłując się odnaleźć w tym miasteczku, w życiu, w A.D.2022 i prawie 2023

Alicja

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *