–Pogoda w Holandii właśnie taka jest. Pada, słońce, pada, słońce itd. Przecież mamy wrzesień, teraz to normalne – mówi mój znajomy Holender, kiedy rozmawiamy o aurze, jaka kilka dni temu nagle zmieniła się ze słonecznej w „nieco” chłodniejszą. „Nieco” oznacza spadek o jakieś 20 stopni…
Dzień przed wylotem z Polski okazało się, że w królestwie strajkuje komunikacja miejska. – „Weźcie taksówkę, Ubera, albo wynajmij samochód. Tu masz link” – dostałam wiadomość na What`s app. Szybki rzut oka na dutch.nl i dzięki tłumaczowi google wiem, że najgorzej będzie w okolicy Amsterdamu, Rotterdamu i Hagi. Plus taki, że strajk ma trwać między 4 – 8 rano i nie powinien nas dotknąć. Dodatkowo jeśli nie jadą pociągi, będą autobusy. I odwrotnie. Zobaczymy. Na szczęście, po przylocie autobus stał na przystanku przy lotnisku. 20 minut później byłyśmy w centrum Eindhoven. Są tu szklane domy, wysokie wieżowce i małe, kameralne kamieniczki oraz nie za szerokie drogi między nimi.






Powiedzmy, że pogoda była pod psem. Ale na szczęście bez przeszywającego zimna. Gosia, z którą pojechałam, takimi mankamentami nie przejmowała się zbytnio. Choć te zmiany aury ją zaskakiwały.

Lubię to miasto, chociaż podobno jest najbardziej niebezpieczne w całym kraju. Jednak jego ułożenie na przebiegu tras kolejowych z północy na południe, wschodu na zachód i Budget van Zwan, gdzie śpimy za 32 euro od łóżka za noc w „dwójce”, ewidentnie przebijają wspomniane problemy. Poza tym nasza miejscówka jest praktycznie w samym centrum miasta, niecałe1,5 km spacerkiem od dworca.
Niech się dzieje
Pierwszego dnia pojechałyśmy do Den Bosch, które oddalone jest jakieś 20 -25 minut jazdy intercity od Eindhoven. Uznawane bywa za jedno z najstarszych w kraju. „Kłócą” się o to jeszcze Maastricht i Haarlem. Do centrum prowadzą nas dwa rzędy kamienic, po lewej i prawej stronie. Przechodzimy tęczowe pasy, co Małgorzata skomentuje : „U nas, by już to farbą zalali pewni smutni panowie…”

Na kwadratowym, klasycznym, średniowiecznym rynku roznosi się zapach smażonych i świeżych ryb, szczególnie niderlandzkiego przysmaku – śledzi. I to nie z knajpek, które lekko wcinają się w środek placu, ale z foodtracków. To tu jest normalne. Z pomnika zerka na nas Hieronim Bosch, a zamknięta w „klatce” na cokole któraś z matek boskich patrzy z politowaniem , ale i ciepłem w oczach. Trochę pada deszcz. Trochę wieje. Nie mniej katedra p.w. Św. Jana zniewala swą wielkością.

Widzimy gotyckie wieżyczki, żygacze, dużo ozdobników. Budowla powstała w 12 wieku, ale widać dobudowania w różnych stylach. Najwięcej na szczęście jest tu gotyku. W środku wygląda majestatycznie i dopiero kiedy ktoś stanie przy bardzo wysokich kolumnach widać dosłownie małość człowieka. Jakis muzyk próbuje grać na organach. Ludzie przystają. Nagrywają na telefon filmiki. Z góry zerkają na nas święci i błogosławieni. I trochę mi się to kojarzy z fragmentem piosenki Budki Suflera „Noc nad Norwidem”:
„Kadzidlana mgła,
Kadzidlana mgła,
Kadzidlana mgła,
Kłębi się, spiżów jęk,
Migotanie świec
Gotyk wyższym czyni wciąż…„
Kościół zbudowany jest na planie krzyża. A czym różni się zwykły gotyk od brabanckiego? „W gotyku brabanckim stosowało się bogate zdobienia (rzeźby, posągi, wieżyczki, balkony), charakterystyczne było wykończenie okrągłych kolumn z głowicą (…). Inną cechą tego stylu były masywne wieże przy wejściu głównym” *. I mniej więcej tak jest w tej katedrze. Miejsce niezwykłe, ale jeszcze piękniejsze odwiedziliśmy następnego dnia w Amsterdamie. Tym czasem nadzwyczajniej na świecie w przytulnej knajpce o wystroju inspirowanym Wiedniem, o nazwie Cafe Hart van Brabant (Serce Brabancji) smakuje kawa. Jest ciepła i mocna. Za dużym oknem co chwile niebo zanosi się od deszczu, atakującego turystów silnymi falami.
Święty Mikołaj wśród latarni
Nigdy nie weszliśmy z Romkiem do tej amsterdamskiej bazyliki, a mijaliśmy ją zawsze. Jest ona na przeciwko dworca, po drugiej stronie zatoki.

Za nią prowadzi droga do dzielnicy wiecznych uciech, czyli Red Light District, czyli Czerwonych Latarni. Nad wszystkimi wyróżnia się wysokością i opiekuńczo dominuje nad kamienicami jej duża kopuła.
Ale, ale, żeby nie było, że my tylko po „świętych” miejscach chodziłyśmy. Amsterdam to miejsce rozpusty, grzechu, zdrad, szaleństw panieńskich / kawalerskich wieczorów i tragedii ludzkich. To miejsce, które nie śpi. Tu życie toczy się w przylegających do siebie knajpach, za wąskimi podświetlanymi oknami z czerwoną zasłoną. A niektóre z nich są też do wynajęcia. I przypomina mnie się pasująca tu idealnie piosenka J. Brella o Amsterdamie: „Dans le port d`Amsterdam”. W dość poetyckim tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego brzmi tak:
„… Jest port wielki jak świat,
co się zwie Amsterdam,
marynarze od lat
zdrowie pań piją tam,
pań tych zdrowie co noc
piją – grudzień czy maj,
które za złota trzos
otwierają im raj…”**
Niejednokrotnie wabią turystów naprawdę ładne, zgrabne dziewczyny z telefonami w dłoniach. Na ich ciałach z przyjemnością można zawiesić oko. Jest tam jedna uliczka, bardzo wąska, może na metr. Po obu jej stronach szklane okna na wysokość około 2 metrów. To najmniej bezpieczne miejsce, ale najbardziej charakterystyczne dla tej dzielnicy. Podobno nieopodal Oude Kerk (Stary kościół) spotyka się najstarsze prostytutki. Jednak najmroczniejszym miejscem RLD jest muzeum prostytucji, gdzie niemal w finale zwiedzania siedzi się na wysokim krześle przed wielkim oknem i z góry obserwuje przechodzący tłum. Czasem spojrzenia panów z dołu bywają obrzydliwe. I rodzi się w człowieku poczucie dramatu tych pań, wewnętrznego bólu i robienia dobrej miny do złej gry za wspomniany „złota trzos”.

Po drugiej stronie, przy ulicy prowadzącej do Placu Dam, jest Venus Temple. To jedno z najlepszych, najbardziej wyrafinowanych muzeów seksu, jakie znam. A przynajmniej jakie jest w Holandii. Kilka pięter, przez które prowadzą do pokoi wąskie schody. Na każdym z nich różności: od oryginalnych zdjęć z aktami (np. z Rosji, Niemiec, Azji) zrobionymi w wieku ubiegłym, przez zabawki dla dorosłych, rzeźby, biżuterię przedstawiającą orgie, historie modelek z pism dla dorosłych, elementy sado maso, po drobiazgi ozdobne przedstawiające przyrodzenia. W końcu przy wejściu jest posąg Dionizosa… Polecamy też wejść do toalety… . „Straszące” kukły postawione na parterze bardziej bawią niż sieją grozę. Polecamy! Naprawdę warto!

Na zdjęciu Dworzec.
Co jeszcze warto zobaczyć w Amsterdamie? Jest szereg ciekawych miejsc. My miałyśmy mało czasu, więc poszłyśmy, mijając plac z Wagą, na targ kwiatowy przy kanale. To kilkadziesiąt stoisk z kwiatami, cebulkami, pamiątkami. Powiedzmy szczerze – wszędzie jest to samo. Jednak tu wydaje nam się, że suweniry są najtańsze.

Zakup kilku magnesów wychodzi korzystniej niż pojedynczo. Podobnie z woreczkami wypełnionymi cebulkami tulipanów, hiacyntów i innych kwieci. W porównaniu z czerwcem ceny tych ostatnich wzrosły. Kiedyś można było tu też kupić nasionka marihuany. Amsterdam to oczywiście muzea, w tym: Heinekena, Anny Frank, Torebek, kilka oddziałów placówek narodowych, Van Gogha, Mme Tussaud, czy wreszcie szlifiernię diamentów. Ciekawa jest synagoga portugalska, a dla dzieciaków Nemo – odpowiednik naszego Centrum Kopernik. I wiele, wiele innych miejsc oraz wystaw, które na stałe weszły w obraz miasta, jak np. Human Body przy Damrak Straat.
Wiatrak i zwierzak z recyklingu
Zanim jednak pojechałyśmy do Amsterdamu, to każdemu polecamy dwa miejsca: Zaandam i Zaanse oraz po drugiej stronie rzeki skansen. Zaandam, to niewielka miejscowość koło stolicy Holandii, w której przez chwile poczujecie się jak w bajce o Dorotce z krainy Oz. Wszystko za sprawą architektury. Ona stanowi wprowadzenie do kolejnych dwóch miejsc. Tu np. Urząd Miasta jest przy dworcu. Obok niego są małe domki z pamiątkami oraz nietypowy hotel. Patrząc na niego ma się wrażenie, że jest to domek nałożony na domku.
Chcesz łódkę – zadzwoń!
30 minut później miałyśmy pociąg do Zaanse. Idąc już ze stacji do skansenu mijałyśmy fabrykę kakao. Słodki zapach roznosi się jeszcze kilkadziesiąt metrów za jej bramą. Mijamy zarówno typową holenderską zabudowę domów jednorodzinnych, jak i małych kamieniczek. Dochodzimy do pięknego, bardzo wysokiego zielono-czarnego wiatraka. Na wprost zwodzony most swoimi uniesionymi łopatami zatrzymał samochody. My skręcamy w lewo koło SPAR-u i rodzinnej piekarenki. Tu nam szczęki opadają. Kamieniczki , domki jednorodzinne, obite zieloną deską, małe ogródeczki wyścielone kwiatami, krzewami. Jest bardzo czysto. Droga zrobiona jest z kostki.
Idziemy sobie i nagle zaproszenie do skręcenia w prawo. Jest tu mała galeryjka, pracownia Jarl`a Made. Pan wykonuje rzeźby z materiałów pochodzących z recyklingu.
Kilka minut spaceru od niego jest mały porcik, skąd pływa ferry na drugą stronę do skanseu Zaanse-Schans. Wystarczy tylko nacisnąć dzwonek i, prowadzona przez starsze małżeństwo, łódka podpływa. Przejazd kosztuje 1,5 euro od osoby i trwa może dwie minuty.
-Skąd jesteście? – pyta pani.
-Z Polski.
-A skąd?
– Południe, koło Katowic, 80 km od Krakowa – odpowiadamy zgodnie z prawdą.
–Bo mój maż kilkadziesiąt lat temu był w Bydgoszczy. Stąd go transportowali helikopterem do szpitala tam. Dlatego kojarzę wasz język – odpowiada i zaraz tłumaczy swojemu partnerowi naszą konwersację.
Wiatrakowo
Skansen za rzeką od dawna jest moim ulubionym miejscem w tej części Holandii. Kilka alejek między polderkami poprzecinane jest kanałami z wodą. Mijamy w rzędzie poustawiane posłusznie zielono – czarne wiatraki / młyny. Kiedy byłyśmy wiatr wiał niemiłosiernie. Jak rzadko.
Jest tu też kilka ścieżek między różnej wielkości domkami w charakterystycznym kształcie i kolorze.
Prowadzi się w nich z działalność komercyjną (sklepiki z pamiątkami, kakaem, serem) . Niektóre są zamieszkane przez Holendrów.

Na ich szybach przyklejono małe znaczki proszące o zachowanie spokoju. Nawet ławki mają napis „Private”. Jest tu sklepik z serami , a w nimi wystawą z historią tutejszej firmy serowarskiej.
Ceny są tu niestety wysokie za każdą gomółkę, ale to świetna okazja do spróbowania różnych smaków sera z: czosnkiem, kuminem, innymi ziołami czy ostrą przyprawą. Ten sam sklep znajdziecie także w Amsterdamie niemal przy głównej ulicy.



W Zaanse-Schans jest też pierwszy w Holandii Albert Hein. To sklep, jeden z droższych, ale i najbardziej popularny w kraju. Kilka lat temu można było zrobić w nim zakupy. Dziś to muzeum. Niestety. W domku obok zrobiono coś nowego – muzeum holenderskich zegarów. Wstęp 24 euro. Zrezygnowałyśmy.
Koło się zamyka
W Holandii ciągle coś się zmienia. Jeszcze kilka lat temu ze skansenu wracaliśmy autobusem do samego Amsterdamu. Dziś nie było rejsu bezpośredniego, tylko z przesiadką. Poniżej widok z dworca kolejowego i autobusowego na drugą stronę zatoki. Łódka, która przepływa jest taksówką wodną.

Potem tylko Intercity do Eindhoven. I koło nieco się zamknęło, bo następnego dnia otwarty był kościół Św. Katarzyny. Jest jak inne w stylu gotyku, ale tym razem z przedrostkiem „neo”.
Samolot do Polski jakimś cudem był planowo. Szybka wycieczka na półtorej dnia. Było warto.
Alicja
Ważne info.
Bilet do muzeum Venus Temple – 10 euro
Bilet całodniowy na komunikacje poza godzinami szczytu 48 euro.
Wejście do Zaanse Schans – ZA DARMO!! jedynie płaci się za dodatkowe wejścia do wiatraków, czy lokalnych muzeów.
*Gotyk brabancki – Wikipedia, wolna encyklopedia
** www.tekstowo.pl