Już nie ma dzikich plaż?

Czy na pewno nie ma dzikich plaż, o których śpiewała Irena Santor? W ubiegły weekend przekonałam się, że to delikatna nieprawda. Przeszłam od Dworca PKP w Helu do samej Juraty. Przez kilkanaście kilometrów, odszczekiwałam zachwyt nad plażami Malty, Hiszpani lub innej nawet egzotycznej destynacji.

„…. Już nie ma dzikich plaż, na których zbierałam bursztyny,
Gdy z psem do Ciebie szłam, a mewy ósemki kreśliły, kreśliły.
Już nie ma dzikich plaż i gwarnej kafejki przy molo,
Niejedna znikła twarz i wielu przegrało swą młodość, swą młodość…”.

Pociąg do Helu z Gdyni przyjechał planowo. Wylała się z niego fala turystów, którzy wypoczywali w Pucku, Władysławowie zwanym pieszczotliwie „Władkiem” lub w którejś z półwyspowych wioseczek / miasteczek. Zza okna migała nieco zamarznięta Zatoka Pucka. A Bałtyk nie dał za wygraną temperaturze.

W samym Helu wiatr nie ustępował. Nie wróżyło to spokojnego spaceru po plaży, chociaż słońce uśmiechało się do turystów, z którymi mijaliśmy się. Rybackie domki z restauracjami i / lub pokojami do wynajęcia budziły się do posezonowego życia. Kutry w porcie stoją na swoich miejscach. Nie ma niestety nagusa Neptuna, który odkąd pamiętam, stał w porcie nieopodal dawnego kościoła a dziś muzeum.

Co kawałek czujący biznes handlarze oferowali pluszowe foki, lodówkowe magnesy czy widokówki, albo zabawki „made in China”, bo raczej nie z Pucka, Kuźnicy czy Gdyni. Nawet Motylarnia, przy ścieżce kierunku Cypla, była otwarta.

Wiatr wiał jak szalony. Zresztą ilekroć tam jestem to „pizga”. Chociaż w listopadzie fale z dużo większą siłą obijały się o brzeg obudowany kamieniami i metalowa kratą. To tu jest koniec lub początek Polski. Z faktami się nie dyskutuje, a napis na kupce kamieni nie kłamie.

Pierwotnie miałam dojść tylko do Cypla. Ostatecznie do przystanku HEL Bór. Tymczasem nie udało mi się znaleźć wyjścia na wysokości Boru, a dodatkowo wiatr pchał mnie. Pierwszy raz szłam tak, że nie wiało mi w twarz. Spontan. A jeszcze 12h wcześniej jechałam do Katowic na nocny autobus do Gdyni.

Ciekawość pytała: co jest dalej, gdzie jestem w stanie dojść i co jest tam daleko, gdzie na horyzoncie snują się malutcy ludzie… W głowie pojawiała się myśl: „Wolność”.

Pogoda piękna a szeroka plaża jest niemal pusta. Brak koszmarnych parawanów, sprzedających kukurydzę i lody. Jest czysto. Cisza. Przerywa ja jedynie szum wiatru i morza. Co kawałek widzę wyplute z głębin liny, zaciągnięte tu z wydm kawałki drewna. Duże korzenie zachęcają, by siąść i zastanowić się nad tu i teraz, lub zwyczajnie posadzić tyłek i patrzeć w wodę. Bez myślenia, bez spiny. Na ludzie.

Co kilkaset metrów woda wpadła na plotki na ląd, ale już nie miała siły wrócić. Dlatego tworzy w zagłębieniach piasku kilkumetrowe lekko zamarznięte kałuże lub ich ciągi.

W innym miejscu wiatrem pchana jest bezradna (?) woda. Ściga się ze mną do Juraty. Kilka metrów w głąb morza, równolegle do plaży, jest pas piasku. Taka a la mierzeja.

Dumnie chodzą po niej mewy i biegają malutkie mewki. Czasem odbijają się w mokrym piasku. Woda ma wiele barw od niebieskiego, turkusowego. Fale nie są za duże. Niebo jest błękitne.

Sprawdzam na GPS, gdzie jestem. Ale zamiast kropki na plaży byłam w lesie i to dosłownie.

– Bór, to jeszcze kawał drogi. Jakieś 2-3 km – mówi mijana dziewczyna. No dobra, idę dalej. W pewnym momencie między drzewami na wydmie widzę rozwieszony duży, kolorowy hamak. Ktoś korzysta z chwili kołysania na nim. Błogo. W pewnym momencie plaża zwęża się. Piasek jest lekko czarny.

Robi wrażenie. Mijam tabliczkę na skarpie: Helski Park Wydm. Zza jednej z nich wyłania się rodzina z dziećmi, które walczą patykami z sobą niczym rycerze Króla Artura. Zastanawiam się, skąd oni wychodzą. Nie ma przecież oficjalnych, numerowanych wyjść.

Po kilku godzinach przyszedł kryzys mentalny. Nawet nie fizyczny, choć siadłam dopiero w 3/4 drogi, a dziennie chodzę kilka – kilkanaście km. Racjonalne argumenty brzmiały: „Jest ładna pogoda, ludzie są na plaży, masz jedzenie, bez sensu wracać do Helu. Nie ma wyjścia, trzeba iść do przodu”. Między tymi myślami przebłyskuje poczucie szczęścia.

Dochodzi 15. Idę od ok. 10.30. Mega szybko ten czas przeminął. Na uszach muzyka francuska z ostatnich kilku dekad. Wreszcie wyjście 63. Dróżka między wysokimi iglakami. Tory. Cywilizacja. Na liczniku około 19 km:)

Alicja

Inne teksty nt. Helu

  1. Helska przyroda – 2trawelersi
  2. Hel – 2trawelersi
  3. Piekielne lato – 2trawelersi
  4. Kaszubownia dla opornych (pobyt – 5 dni) – 2trawelersi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *